Wpływ dożylny

Wpływ. Słowo o wodnistej, a nawet całkiem rozmytej konsystencji i konotacji. Kojarzyć się może z przypływem i odpływem, a także dopływem, spływem i upływem, chociażby czasu. Bo rzecz się o czas właśnie rozbija, jak gwałtowne fale o ścianę klifu na romantycznym obrazie. W rzeczy tej jednak trudno doszukać się znamion romantyzmu. Lecz zaraz. Co wpływ może wspólnego mieć z czasem? Wystarczy nieco głębsze spojrzenie do wnętrza ludzkiego ego, by dostrzec tajemnicze pragnienie, uruchamiające arcyludzki potencjał. Pragnienie wpływu właśnie. Wpływu na siebie, na świat zewnętrzny, a nawet świat transcendentny. No i oczywiście na czas. Któż nie marzy o dołożeniu choćby minuty do zanikającego życia? Do oparcia się niewygodnej entropii, która tak namacalnie z czasem koresponduje? Kto nie pragnie wiekuistej sławy lub rozciągnięcia czasu w skurczonym odcinku swojego życia? Kto nie czuje cierni zawodu gdzieś między żebrami, gdy perspektywa radykalnie się kurczy, a wachlarz możliwości działania nadgryziony zostaje zębem czasu?

Słowo „wpływ” można także skojarzyć z dożylnym wlewem. Wręcz kroplówką życiodajną lub wenflonem, łączącym świat zewnętrzny z moim światem. Kim jestem, gdy nie czuję wpływu na swe życie? Czy właściwie stan ten można jeszcze nazwać życiem? Wlew wpływu pobudza znacząco krążenie i rozszerza zwężone żyły możliwości. Uzdrawia krwioobieg, podnosi ciśnienie i mobilizuje mięśnie decyzyjności. Swoje źródło odnajduje w ludzkiej wolności, której odcięcie szybciej uśmierca ego niż brak tlenu.

Lecz co dzieje się, gdy wpływu wciąż zbyt mało? Gdy fabuła życia zda się pędzić swoim torem. Co, gdy cierpi ktoś najbliższy bez pytania? I zarasta pole wpływu chwastów gęstwiną. Co gdy tunel, którym idziesz wciąż bardziej mroczny się zdaje, a orientacja w terenie w mgliste zagubienie się przeradza? Jak się czujesz, gdy wartość ci droga pod obcych wojsk nagle staje ostrzałem? Co robisz, gdy misterna twa konstrukcja z głośnym hukiem się rozbija o podłogę, a szkic obrazu, który tworzysz zalewa maź niepewności? Gdzie jesteś, gdy idąc po ścieżce utartej nagle czujesz, że już nie wiesz dokąd zmierzasz? Gdy dostrzegasz, że swą wizją i intencją cel omijasz i już trafić nie potrafisz. Ilu guzów na twej głowie twarda ściana braku wpływu stała się przyczyną? Jak budować dom bezpieczny z własnych celów, skoro cegły mogą wnet się w proch rozsypać?

Z poczuciem braku wpływu można doznać przypływu myśli niewygodnych. Emocji nieoswojonych i nieuczesanych. Skłębionych i przypalonych. Dylematów nierozstrzygalnych. Wniosków niepożądanych brak wpływu potęgujących. Można też doznać odpływu. Jasności i kotwic znaczenia. A wytrącenie z naturalnego nastawienia w konfrontacji z prawdą bez znieczulenia może co najmniej osłabić. I szytą przez lata oczywistość rozpruć w oka mgnieniu bez litości. Tu wpływ z upływem czasu stają do nierównej walki.

Na co więc naprawdę możesz wpłynąć?

A co głosi, że się sobą zajmie samo?

Jak ocean bezradności swej przepłynąć?

Co dla wpływu stało się zbyt twardą tamą?

Jak pokonać melancholię niespełnienia?

I jak dumę swoją schować do kieszeni?

Czy nie zwodzą cię o wpływie twym marzenia,

skoro trudno dotrzeć do wpływu korzeni?

Jak uporać się z niemocy gorzkim smakiem

i pokochać tę melodię niepewności?

Jak, nie-mogąc, nie stać się życiowym wrakiem

i nie stracić resztek niewinnej radości?

Akceptacja granic daje ukojenie

w tej chorobie zwanej butą oraz pychą

To, co daje trwogi serca uzdrowienie

Wpływa z mocą wraz z melodią wiary cichą…

Reklamy

Wssstyd

Przysiadł skulony w rogu pokoju bez drzwi, bez okien, bez właściwości.

Siedział przez lata z głową spuszczoną, bez krzty nadziei, wiary, radości.

Osiwieć zdążył w swojej samotni i zmysłów bystrość tracił powoli.

W dół wciąż wpatrzony, nie zauważył, że sam się trzyma w stanie niewoli.

Gdyby na moment swą głowę podniósł, dostrzegł by wyjście z tego więzienia.

Lecz póki kuli się w swoim wstydzie – nic go nie czeka, nic się nie zmienia.

Zdrętwiałe ciało, bezwładna dusza w dusznym pokoju cierpią katusze.

Czy jest ratunek w takim cierpieniu? Czy ktoś ocali tę biedną duszę?

Wnet ktoś otwiera drzwi do pokoju. Rozrzedza mroki swoim pytaniem.

Co tę skuloną duszę poruszy? I jakie przed nią staje zadanie?

 

Wstyd. Szuka mroku, bo tylko tam może wywierać wrażenie. Postać ma sypką lub płynną, nie do końca uchwytną. Jego ziarenka dostają się pod powieki i nie chcą dać się wypłukać. A pulsujące strumienie lub rwące wstydu potoki potrafią zburzyć krew w żyłach. Wymykający się definicjom, choć tak do bólu konkretny. Szkarłatno – purpurowy lub trupio blady. Nerwowo bębniący o parapet świadomości lub przeraźliwie milczący.

Pocisk z procy szyderstwa lub oskarżenia wycelowany w jądro świadomości. Jego świst ogłusza, a pęd wprawia w wibrację dotąd stabilną konstrukcję. Narastające drętwienie, łaskotanie lub swędzenie wędruje tajemniczo pod skórą. Ognisty strumień poniżenia przemieszcza się między sercem, a nerkami. Szyderstwo kłuje w gardło, zaciska szczękę, napina mięśnie karku. Wyrzut adrenaliny splata się w szaleńczym tańcu z wyrzutem sumienia. Purpura samooskarżenia i żalu ląduje na bezbronnie odsłoniętych policzkach. Wytrącone z codziennej homeostazy poczucie wartości chwieje się nad przepaścią, powodując drżenie rąk lub miękkość kolan. Wokół tchawicy i żołądka zaciska się ciasno krytyczna pętla, powodując nudności. Wyprostowane ego w mgnieniu oka staje się wklęsłe, a po wewnętrznych komnatach niesie się echem głos: „Winny!”.

Wstydliwa symfonia znana jest dobrze każdemu, choć różne mieć może odsłony.  Wysoko wrażliwi symfonię tę znają zbyt dobrze. Wystająca z gorsetu słabość narażona na bezlitosny atak, jak padlina przyciąga głodne hieny. Miękki brzuszek, brak pewności, nieporadność to doprawdy smaczny dla nich kąsek. Tam, gdzie odsłaniasz swą wyższą wrażliwość, możesz pośród pachnących kwiatów empatii odnaleźć też ostre chwasty szyderstwa i eskalującej agresji.

By uniknąć tej kondycji można ubrać zbroję. Wejść w konwencję, która z siłą się kojarzy. Uzbrojenie w codzienności nosi bowiem nazwę normalności i kojarzy się z psychiczną równowagą. Nałożona na twarz maska roli, pokryta pudrem kompetencji i pewności, ma należycie pełnić swoją funkcję, chroniąc ego. W tym kokonie można poczuć się bezpiecznie, przewidywalnie, za granicą niespójności. I choć natura ludzka tak nieznośnie jest sprzeczności pełna, choć pewność wnet obrócić może się w chaosu chmurę, to tak trudno akceptować tę niespójność i pokochać w sobie ową czarną dziurę. Ta dziura wsysa perfekcjonizm wszelkiej maści. Odziera ego z twardych masek, sztywnej roli. I ukazuje autentyczność wrażliwości, co w konfrontacji z ludzkim światem często boli.

Jedną z form ucieczki od własnego wstydu jest wprowadzanie w zawstydzenie drugiego. Mniej lub bardziej subtelnie. Im większa własna frustracja, tym bardziej bolesny cios w miękki brzuszek swojego bliźniego. To przejaw własnej niezaakceptowanej bezsilności i chęć jej poskromienia, gdy tak jaskrawo wyłania się z chaosu czyjegoś życia. Objaw bojaźni i drżenia przed niespójnością i wyjściem poza sferę oczywistości. Paląca furia wobec własnej wrażliwości, która słabością i dziwactwem jest nazwana.

Na tym tle jako prawdziwy heroizm jawić się może postawa wręcz przeciwna. Świadcząca o sile i odwadze, także w przestrzeni niepewności i ryzyka. To postawa wspierającego towarzysza, który widząc słabość innego, dyskretnie odwraca jego wzrok od własnego niedomagania. Kieruje reflektor uwagi na jego godność, podtrzymując jego kulejącą wartość. Jak by rzekł Levinas i Tischner, ratuje jego twarz i człowieczeństwo, poważnie traktując polecenie: „Nie zabijaj”. Pytając: „Jak ci mogę pomóc? Jestem z tobą”.

 

Gdy wchłoniesz raz toksynę zawstydzenia, która przez żyły do twej tożsamości wpływa,

doświadczyć możesz swej wartości zagubienia, co przez kolejne lata życia się odzywa.

Gdy twa wrażliwość stanie się zbędnym ciężarem dla niechętnego wrażliwości otoczenia,

doświadczyć możesz słonych smaków samotności, kwasu ironii i goryczy odrzucenia.

Lecz gdy na nowo na wrażliwość swoją spojrzysz i wartość bycia sobą tam odkryjesz,

wstydu toksyna może z wnętrza się wypłukać, poczujesz wreszcie, że znów pełnią życia żyjesz.

 

Tekst zainspirowany wystąpieniami Brene Brown, która pisze i mówi o tym, co ważne:

Znaki, czyli wspomnienie wiosennej niecodzienności

Miejsca wyrzeźbione z pytań bez oczywistych odpowiedzi. Gęste od znaczeń, choć na powierzchni neutralne. Ukryte pod kołdrą przyzwyczajenia, choć tak bezwstydnie odsłonięte dla oczu. Okruchy niecodzienności tarzające się na trawnikach bylejakości. Dostrzegalne dla oka wrażliwego i wyglądającego istoty rzeczy. Bramy do innych wymiarów rzeczywistości i nierzeczywistości.

Krocząc przed siebie otwórz szeroko swoje oczy, ospale wylegujące się zwykle pod powiekami rutyny. Po prostu patrz. Widzisz?

To drzewo, które gra symfonię barwną lub dyryguje delikatnie kwiecistą orkiestrą. Ubrana w koronkową suknię forsycja subtelnie tańczy, pobrzękując dzwoneczkami kwiatów. Na korze tajemnicze tatuaże uformowane w szyfry transcendencji i obrazy ludzkiego losu. A w trawie niepozorna sucha gałąź, będąca drogowskazem dla zbłąkanych. Zauważ, nie lekceważ, sprawdź co znaczy.

Na rzece świetlisty kalejdoskop wygrywa swą melodię światłoczułą. Pobliski mur, ubrany w zmarszczki pnączy, zamienia się niechcący w metaforę. Za murem duchowa przystań w potężnych murach kościoła, majestatycznie czuwającego nad miejskim rozproszeniem. Wchodząc na jego dziedziniec, przejdziesz do świata pomiędzy znaczeniem, a jego brakiem. Idź dalej, ujrzysz bramę tajemniczą, a za nią wolność czystą, zaklętą w zieleń soczystą. Zamknięta furtka może trochę cię zasmuci, lecz perspektywa tej wolności wręcz pobudzi. Polanę twych wewnętrznych krajobrazów otacza mur prastary, malowniczy…

Dokoła wiele znaków, rzeźb, obrazów,

gdzie zagęszczenie znaczeń sięga szczytu.

I pośród rzeczy tak, rzekomo, nieistotnych

odnaleźć można żywe rymy prawdy bytu.

Wystarczy przyjąć te dziecięcą perspektywę

i dać się ponieść strumieniowi mocnych znaczeń.

Podążać za tym niewidzialnym Przewodnikiem,

który kieruje tam, gdzie trzeba, nie inaczej…

forrr

forrr2

forrr3

forrr4

forrr5

Ukrzesłowienie

Ukrzesłowienie* to znak szczególny kondycji egzystencjalnej Oczekujących. Zajmują miejsca w kolejce do… Zanurzeni sami w sobie tworzą mimowolnie wspólnotę ukrzesłowionych. Między czuwaniem, a czuciem. Od podekscytowania do śmiertelnego znużenia. Pomiędzy jedną, a drugą modlitwą lub wewnętrznymi bluzgami. Siedzą. Wysiadują rozciągające się jak guma godziny między białymi drzwiami, jasnymi kitlami, a stalowymi spojrzeniami. Guma mocno już przeżuta, pozbawiona smaku i zapachu. Czekają godziny, dni, tygodnie, miesiące i lata na łyk szczerej troski, trochę bardziej spersonalizowane spojrzenie i uśmiech świadczący o bezpretensjonalnej lekarskiej życzliwości. I nic nie może ich pozbawić tej nieco utopijnej nadziei. Gdzieś pomiędzy czekają też na kolejne wyniki, badania, diagnozy, zabiegi i przepowiednie, dotyczące swego empirycznego bytu. Trochę jakby od niechcenia, beznamiętnie.

Siedząc trzecią godzinę w jałowej i pozbawionej barwy poczekalni, wpatrują się w wyjątkowym skupieniu lub bez jego grama w ścianę naprzeciwko/w znudzone twarze towarzyszy niedoli/w widok lub brak widoku za oknem/w klamkę u drzwi przeznaczenia, której charakterystyczny dźwięk przywraca co jakiś czas nadzieję, na to, że czas jednak płynie naprzód. Z przestrzeni dźwięków wyłowić można mniej i bardziej interesujące niuanse. Nadpobudliwy stukot lekarskich chodaków, brzęczące świetlówki nad głowami, szczątki dialogów trochę zbyt monotematycznych, płytko zakorzenionych i przewidywalnych, a jednak stanowiących najbardziej intymną ilustrację poszczególnych biografii. Dialogi poszukujące porozumienia lub te wznoszące kolejne mury. Monologi łowiące uwagę lub upuszczające żółć narratorów. Pytania stanowiące pretekst lub te, które szukają sedna. Uśmiechy pobłażliwej litości lub te promieniujące czymś nieokreślonym.

Co jakiś czas, mniej lub bardziej wątpliwy szczęściarz, przekracza z satysfakcją drzwi przeznaczenia. Pobudzony nagłą zmianą horyzontu i nadzieją na pozytywny przełom, wkracza do gabinetu z szerokim uśmiechem lub uniżonym spojrzeniem. Przez kilka chwil może poczuć się jak gwiazda ekranu. Chwil, które brutalnie i obcesowo w mig przemijają, pozostawiając głuchą pustkę rozczarowania.

Fragmenty obrazów, dźwięków, zapachów lub ich przeciwieństw w poczekalni do zdrowia. Sceneria całkiem nieinteresującego, by nie rzec, kiepskiego filmu, którego realizacji żaden reżyser z własnej woli nie chciałby się podjąć. Albo przeciwnie – najciekawszy scenariusz z samego jądra życiowej mądrości. To właśnie tu toczy się swoim torem najbardziej autentyczne życie. Nie to wyśnione i nie ubarwiane. Życie po prostu.

* Nawiązanie do serii obrazów Andrzeja Wróblewskiego pt. „Ukrzesłowienie”

wroblewski

obraz pobrano ze strony: http://magdalipiec.pl/ukrzeslowienie/

 

Jej Wysokość W.

Jej Wysokość Wrażliwość siedzi dostojnie na najwyższej półce w zakurzonej szafie, w ciemnej sali muzeum figur nieużytecznych. Zapomniana królowa w zaśniedziałej koronie siedzi samotnie i czeka. Porzucona przez kalkulujących pragmatyków i ironicznych realistów, odsunięta na boczny tor, plan najdalszy i margines życia emocjonalnego. Wyszydzona przez tych mocno stąpających po ziemi i zagłuszona przez tych, którzy gardzą subtelnością uczuć. Poddana pod sąd utylitarystów i fanatycznych freudystów. Osaczona przez nachalne wojska racjonalistów, którzy w imię rozumu zabiją każdego na swojej drodze. Oskarżona o szerzenie kłamstw, podtrzymywanie utopijnych iluzji i prowokowanie zaburzeń. Określona jako wróg publiczny numer jeden i zamknięta za zimnymi kratami obojętności. Odepchnięta przez społeczną komisję do spraw produktywności i skuteczności.

W jakim kolorze dziś istniejesz? Jaka melodia stanowi teraz tło twojego myślenia? Gdzie niosą cię dziś twoje myśli w ich nieustannej podróży? Jaki zapach ma dziś świat, który poznajesz wciąż na nowo? Jaką fakturę mają klocki, budujące dziś twą wizję świata? Gdzie jesteś, gdy zdaje ci się, że cię nie ma? Co czujesz gdy się stajesz soplem lodu? W jakie metafory ubrałeś dzisiaj to, co spotykasz? Skąd czerpiesz siły do wędrówki tej codziennej? W co wierzysz, gdy upadasz umęczony pod krzyżem własnych słabości?

W pakiecie z wysoką wrażliwością otrzymujesz niewyczerpane pokłady barwnej wyobraźni z prawdopodobną tendencją do skręcania w jej ciemne zaułki. Wybitną zdolność przewidywania, także tych niekorzystnych scenariuszy życiowego filmu, co lęku spiralę nakręca. Niezwykłe oddanie zadaniu, co w sieć perfekcjonizmu z wolna wciąga. Ponadprzeciętną zdolność rozpoznawania ludzkich emocji i współczucia, co grozi bezsilności przytłoczeniem. Z czasem odkrywasz kolejne dary wrażliwca: nieuzasadnioną nostalgię, metafizyczną tęsknotę i poczucie niedosytu, które przemieszczają się po zmęczonym czuciem ciele. Intensywność przeżywanych emocji i niejasne poczucie zagrożenia są bowiem źródłem zmęczenia mimo fizycznego spoczynku.

Szeroki wachlarz możliwości Jaśnie Pani przynosi także dary całkiem upragnione. Głód wiedzy i ciekawość każdej chwili. Uważność na niuanse i zapomniane klocki w układance Wszechświata. A także na tych odtrąconych. Potrzebę twórczego działania i grona radości w słodkiej winnicy artyzmu. Nadzieję, jako owoc ciągłych pytań i niewiary w absurd zastanego porządku. Otwartość na filozoficzne pytania z pokorą wobec braku odpowiedzi. Oniryczny labirynt nasycony symbolami i przeczuciem nieskończoności. Miłość silniejszą niż śmierć i wierność najwyższym wartościom, noszące stygmat naiwności w powszedniości.

Jej Wysokość Wrażliwość jest skazana na ciągłą walkę pomiędzy przeciwnymi tendencjami. Między nadzieją, a totalnym zwątpieniem. Między superpozycją, a byciem na dnie. Między wyżynami energii, a nizinnym krajobrazem apatii. Między pełnią możliwości, a brakiem najmniejszej szansy. Dialektyczny charakter pani W. daje się we znaki niejednemu. Ukrytemu i przyczajonemu. Chroniącemu swoje wrażliwe istnienie przed szyderczym śmiechem ogółu. Pokrytemu trądem wstydu i poczucia porażki…

Lecz walka trwa.

O sens i wartość wrażliwości.

O godność dziwnej tej osobowości.

O mądry dystans mimo tych niedogodności.

I zachowanie w szorstkim świecie subtelności.

Rozwój – pakiet premium

„Musisz umieć siebie sprzedać!” – powtarzają klonogłowy w dużych, modnych oprawkach okularów, pozostające w wystudiowanym przed lustrem profesjonalnym bezruchu. Ciekawe, skądinąd, na ile wycenili samych siebie. „Odkryj siebie, stwórz siebie, zaprojektuj siebie, bądź najlepszą wersją samego siebie, zdobądź, to, czego pragniesz! Pokażemy ci jak to zrobić! Kup pakiet i bądź szczęśliwy!”. Krzykliwe slogany pseudo-mentorów o przedsiębiorczym wizerunku wypełniają głośniki laptopa. Perfekcyjny make-up, nowoczesny, biznesowy look i błyszczące spojrzenie, podkreślające dobrze wytrenowaną pozę mędrca, wyglądają z ekranu dość nachalnie i pieczętują autoprezentację skrojoną na miarę. Elementy te mają kilka funkcji, spośród których te najbardziej jaskrawe to wywołanie efektu „wow” oraz wzbudzenie zazdrości, motywującej do wydania pieniędzy na kolejny perfekcyjny klonokurs online, dający nadzieję na ekspresowe przeistoczenie z larwy w motyla. A dokładniej: klonomotyla. Nic bowiem bardziej mylnego, niż przekonanie, że odkryjesz tutaj wreszcie swoje ego. Że do sedna swoich pragnień wnet tu dotrzesz. Możesz liczyć na paczuszkę z instrukcjami jak się wpisać w modne, atrakcyjne ramki. Jak zabłysnąć, uwieść, zdobyć i wygrywać. Kombinować, kontrolować i maskować. Jak pokazać to, co nawet nie istnieje i jak ukryć to, co prawdą w oczy kole.

Obietnica znalezienia się w blasku sukcesu wyłożona językiem giętkim, ozdobionym mądrze brzmiącym żargonem, kusi jak barwna sukienka w witrynie sklepowej smętnej kamienicy. Znużony własną nijakością i rozczarowany nudą swej jałowej egzystencji człowiek chętnie sięgnie po dawkę mentalnej kokainy, dającej kilkugodzinny trip w rejony wymarzonego życia. „Możesz wszystko!” – krzyczą trenerzy osobistego niedorozwoju, pokrywając braki kwalifikacyjne wielkimi kwantyfikatorami. Taniec miraży z iluzjami przyjmuje zaskakujące formy – od walca po fokstrota, a nawet salsę. Motywacyjne przemowy, pobudzające nieco nadwątlony ośrodek nadziei w sennych mózgach, dostarczają serotoninowej przyjemności, doświadczonej w samym centrum swej życiowej nijakości. Gra warta świeczki? Nawet jeśli nazajutrz przyziemienie okaże się wyjątkowo bolesne?

Pośród kwiatów prawdy i szczerego zachwytu nad ludzkim potencjałem wyrasta wiele chwastów, imitujących idee wspierania rozwoju człowieka. Karykatury nie zawsze jednak zostają rozpoznane przez zgłodniałe prawdy i rozwoju jednostki, upatrzone jako cel do zasilenia portfeli tych cwanych. Miażdżąca niekompetencja prezentowana przez samozwańczych trenerów rozwoju bełkotliwego, porazić może tych nieco bardziej zorientowanych w złożonej rzeczywistości świata psyche. Nie zostanie jednak rozpoznana przez wielu. Obrosła w pychę, butę i bezczelną „pewność siebie” mylona bywa z profesjonalizmem i asertywnością.

Są tacy, którzy patrząc mi prosto w oczy kłamią bez drgnięcia powieki. Ubrani w kostium pychy i narcystycznej egzaltacji wytykają mi mą słabość bez skrupułów. Tonem mędrca, który pijał kawę z Buddą, roztaczają swoje jaśniepańskie wizje. Z poziomu oświeconego umysłu bez pardonu i z politowaniem patrzą na moje wahania. Zamykają mi usta, kiedy pytam i atakują, gdy ośmielę się nie zgodzić. Są tacy, którzy myślą, że już wiedzą. Że znaleźli Odpowiedzi na Pytania.  A grono tych, którzy nie wiedzą traktują jak motłoch tak wdzięczny do ulepienia swej rzeźby. Gdy pycha zwycięża pokorę pytanie przestaje mieć prawo swojego zakrzywionego bytu. A filozoficzna wędrówka do prawdy zostaje wyśmiana jako przejaw naiwnego idealizmu. Pytanie to oręż potężny i klucz do światów nieznanych pyszałkom. Drżyjcie bezczelni przed mocą dziecięcego pytania.

Porozciągane i mocno wymięte pojęcie rozwoju osobistego jak migoczący neon wyrasta pośród mroków nieświadomości. Szukasz siebie samego, doznając życiowych porażek, frustracji i wątpliwości. Wierzysz, że ktoś to ułatwi, że poda dobre instrukcje i szyfry do kłódek w twym wnętrzu. Szukasz upragnionego przewodnika w sieci, natrafiając na lawinę klonoofert. W gąszczu nieprawdziwości ulegasz złudzeniu łatwości i promocyjnej radości na wyciągnięcie ręki. Dostając hasło do klonoplatformy dla wybranych, wypatrujesz z ekscytacją rezultatów. Jeszcze tysiąc złotych i na upragnioną satysfakcję masz gwarancję. Doradca życiowy Marek, Wróżka Róża, Jasnowidz Janusz, Mówca Ksawery, Trenerka Andżela… tylu mędrców dookoła. Głowa boli. Wreszcie czujesz, że masz szansę. Ktoś wie lepiej kim być możesz, co masz robić i jak żyć…

Lecz nieznośne to pytanie wciąż powraca,

ciągle głowę twą zmęczoną ci zawraca

i po czaszce niespokojnie się obija:

„Kim ty jesteś?”. Znów niewiedza cię dobija.

Żaden mentor, ani mędrzec ci nie powie

tego, co odnajdziesz tylko w swojej głowie.

Ani wróżka, ni jasnowidz nie odsłoni

za czym ważnym twe stęsknione serce goni.

Nawet trener osobiście rozwinięty

nie ma wglądu w duszy twej tajne odmęty.

Rozwój zwykle się zaczyna od pytania,

które sensy i wartości ci odsłania.

Które przestrzeń możliwości ukazuje

i do skrytej samowiedzy most buduje.

W poszukiwaniu pozytywności w Dziwnej Osobowości (mini-dramat w trzech aktach, wierszem pisany)

Występujące cząstki Dziwnej Osobowości:

Gnuśny cynik Pocomit

Drażliwy agresor Bowpierre

Nostalgiczna płaczka CryNolina

Apatyczny malkontent Etamme

Zrównoważony mentor Ommasz

Niepoprawny marzyciel Agdyb

Rozbrykane dziecko Infant

Surowa nauczycielka Cichomitu

Drżący tchórz Acojak

Tułacz-poszukiwacz Lukfor

Refleksyjna Zyta Filozyta

Gwiazda na ściance Luketmi

Entuzjasta Entuzjusz

 

Akt pierwszy: Pierwsze starcie

 

Agdyb: Co by było gdyby Dziwna została

takim oto pozytywnym człowiekiem?

Pozytywność wszak teraz jest w modzie,

nasz wiek szczęścia i sukcesu jest wiekiem.

Do świetlistych ideałów uśmiechu

nasza Dziwna wszak już nie przystaje.

Jakaś inna, niewygodna, pasywna…

Całą sobą od schematu odstaje.

 

Pocomit: Daj już spokój, coś wymyślasz znudzony.

Nowy projekt ci się marzy naprawy.

Po co komu tak gwałtowne przewroty,

po co wzbudzasz taki ferment, obawy?

 

Bowpierre: Właśnie, Agdyb, zamknij paszczę czym prędzej.

Co się mądrzysz i udajesz lepszego?

Nie chcę słuchać już tych waszych ględzeń!

Do roboty się zabieraj kolego!

 

Cichomitu: Dość już sprzeczek. Ty poważnie, Agdybie?

Skąd ten pomysł na remanent? Litości!

 

Agdyb: To nie wiecie? W świecie „Tam” ludzie pragną…

w sobie, w innych tylko pozytywności.

Nienawidzą problemów i lęku,

nie chcą znosić porażek, zakrętów.

Pragną smaku i zapachu radości

i odcięcia od wszelakiej szarości.

W Internecie, w realu, gdziekolwiek,

dobra maska to ubioru podstawa.

Bez uśmiechu, makijażu cię nie ma.

Jesteś wtedy traktowany jak zjawa.

Twa narracja pozytywna być musi.

Negatywy musisz schować w piwnicy.

Tylko szczęście i sukces ich kusi.

Nie ma co na nikogo już liczyć.

 

CryNolina: Dziwna trapi się nocami i dniami

czemu stronią od niej ludzie dokoła.

Biedna mała, gdyby choć trochę była…

mniej drażliwa, bardziej skora, wesoła… (chlip)

 

Pocomit: Co jej to da? Chcę zapytać przewrotnie.

Co naprawią przyklejone uśmiechy?

Przecież prawdy polukrować nie zdoła.

Dziwność sama w końcu wyjrzy spod strzechy.

 

Etamme: Po mojemu ona ludzkość zamęczy

smętną miną, krytycyzmem, biernością.

Ale po co się ma biedna zadręczać

modną bzdurą zwaną pozytywnością?

 

Lukfor: Krążę, szukam już wiele miesięcy

rozwiązania na smutki i złości.

Nie wiem jednak czy wystarczy dla Dziwnej

tej tak zwanej, tfu, pozytywności. (hmm)

 

Infant: Cóż gadacie? Przecież ma ją już w sobie.

Radość, śmiałość i dowcipy w rękawach.

Czegóż więcej jej potrzeba do szczęścia?

Ja dostarczam więcej siły niż kawa. (Haha)

 

Luketmi: Dobrze prawi, w końcu lubi się bawić

i uroczo się czasem wystroi.

Pozytywność to jest atrakcyjność.

Jak chce – nic na przeszkodzie nie stoi.

 

Acojak: Co jak straci z oczu swe wartości?

Pozytywność ją upije, pochłonie…

Narcyzm będzie ją zżerał do kości…

W ogniu swego odurzenia wręcz spłonie… (brr)

 

Ommasz: Moi drodzy, czas odnaleźć harmonię

pośród tylu aż punktów widzenia.

Kto zapytał ją samą o zdanie?

Kto na siłę próbuje ją zmieniać?

Pozytywność to stan jest umysłu,

lecz nie zawsze wprost na zawołanie.

Gdy odrzuci lęk, smutek, surowość

co w umyśle jej na pewno zostanie?

Póki dręczyć ją będziecie myślami

o modelu, ideale, utopii

– w jej umyśle wciąż trwać będzie chaos,

aż się biedna w swoich myślach utopi.

Dość dialogów, dywagacji, potyczek!

To ją tylko zamyka w dziwności.

Bo nie na tym ma polegać życie,

by uprawiać kult pozytywności…

Ona przyjdzie nieproszona gdy tylko

uspokoi się i serce i głowa.

Nasze spory tu nic nie pomogą.

Dajcie spokój! Jeszcze nie jest gotowa.

Lecz gdy tylko nawiążemy w swym kręgu

mocne nici zgody i miłości,

zobaczycie, że w tym naszym ogrodzie

Pozytywność już na dobre zagości.

 

Akt 2: Cienie i drżenie Dziwnej Osobowości

 

Nihilit:

Marny los tej dziwacznej postaci

pełnej lęku, sprzeczności, niewiary.

I choć Dziwna całej mocy nie traci,

zbyt nachalne te jej fobie i mary…

Ciągłe drżenie od rana do nocy

przeplatane wyobraźni figlami.

A pociski z tej lękowej procy

ranią Dziwną, atakując seriami…

 

Filozyta:

Egzystencja to jest wyzwań arena…

Któż powiedział, że to życie jest proste?

I komedii, i dramatów to scena,

płatkiem róży bywa życie lub ostem…

 

Luketmi:

Zytko, daruj, co za bełkot tworzycie?

To kobiecość jest sensem istnienia.

Szminki, tuszu i pudru użycie

wnet jej lęk w błogą radość zamienia.

I wystarczy jedno w lustro spojrzenie,

by jej siła do życia wróciła.

Po co badać ma depresji korzenie

skoro płynie kobiecość w jej żyłach?

 

Lukfor:

Pięknie prawisz, lecz czy prawdy dotykasz

tymi dość powierzchownymi tezami?

Bo być może coś ważnego umyka,

gdy się pudru zasłoni warstwami…

 

Ommasz:

Moi drodzy, znów problemów szukacie.

Rzecz jest jasna: Dziwna jest nadwrażliwa!

Lęk i smutek są zaszyte w jej szacie,

która Dziwną od narodzin okrywa.

Oprócz nich wiele uczuć się kryje

w fałdach szaty, którą czasem zwą duszą.

Dzięki temu bogactwu wciąż żyje,

lecz uczucia pod kontrolą być muszą.

 

Infant:

Wszystko przez to, że kłamiecie jej w oczy,

dojrzałości ideałem mamicie!

Tylko dziecko pewnie naprzód kroczy.

Po co więc jej dorosłości okrycie?

Tę energię, która płynie z dziecięctwa

może Dziwna jako napęd traktować.

I przeminą jej lęki, natręctwa,

byle mogła w czystą radość się schować… (haha)

 

BowPierre:

Precz bachorze! Przestań tworzyć te baśnie

o urokach zastygnięcia w młodości!

Niepotrzebne prowokujesz tu waśnie,

a stan Dziwnej się pogarsza. Litości!

 

Acojak:

Co, gdy Dziwna znowu drżeć w nocy będzie?

I dręczące ją odczucia dopadną?

Co gdy znajdzie się w końcu w obłędzie,

po czym stoczy zupełnie już na dno? (brr)

 

Etamme:

Precz z paniką, toż to czasu jest strata

słuchać waszych neurotycznych wynurzeń!

Te dialogi są bez treści jak wata!

Nic tu po mnie, zaraz czymś się odurzę…

 

Ommasz:

Jaki cel ma to całe zebranie?

Te potyczki, polemiki i spory?

Znowu podział w myślach Dziwnej nastanie

i nawiedzą ją neurozy potwory.

Jeśli pomóc swojej Pani pragniecie –

jak mówiłem – pojednajcie się prędzej.

Bo im więcej dywagować będziecie,

tym się szybciej Dziwna znajdzie w obłędzie.

Pozytywnych narracji zbyt mało

w tych nadzwyczaj poetyckich debatach.

I o duszę musi zadbać, i ciało,

by nie czuła się już w tarapatach.

Gdy część siebie Dziwna zlekceważy

i zaniedba cieleśnie, duchowo,

dysharmonia się jej silna przydarzy

i budować będzie siebie na nowo.

 

Entuzjusz:

Cała naprzód, o załogo przedziwna!

Harmonijnie poskładajcie jej drżenia!

Aby żadna już siła przeciwna

nie raniła jej kruchego istnienia!

 

Akt trzeci: Przebudzenie mocy

 

Lukfor:

Drodzy moi towarzysze podróży

Aż do jądra dziwnej tej osobowości,

Może niech nam jakaś wróżka wywróży,

Kiedy koniec naszej Dziwnej trudności? (hmm)

 

Pocomit:

Żadnych wróżek, toż to pomysł fatalny

Hochsztaplerów angażować w nasz dramat!

Już wystarczy ten nasz krąg kameralny,

By do wiedzy uchyliła się brama…

 

Filozyta:

Ja wiem kiedy Dziwna poczuć się może

Jak z popiołów odrodzona do życia –

Gdy po prostu już nie może być gorzej,

Gdy już trzeba się wydostać z ukrycia.

 

CryNolina:

Ewidentnie na to czas już nadchodzi,

Skoro Dziwna rozpaczliwie się miota…

Już powoli z tej jaskini wychodzi,

Choć niewdzięczna to jest dla niej robota…(chlip)

 

Infant:

Przygotujmy jej wspaniałe przyjęcie,

Aby mogła swoje ego odnowić.

Będzie miała w końcu dobre zajęcie-

Z wnętrza swego pozytywność wyłowić. (haha)

 

Etamme:

Milcz dzieciaku, co ty chcesz celebrować?

Tę chwilową jej humoru poprawę?

Mógłbyś wreszcie sobie brednie darować

I zostawić nam, dorosłym, tę sprawę.

Dziwna wciąż jest na emocji hamaku

I kołysze ją, to radość, to smutek.

Więc naprawdę się zastanów, dzieciaku,

Jaki ma mieć celebracja ta skutek…

 

Luketmi:

Świętowania w życiu nigdy za wiele,

Trzeba tańczyć ile dusza zapragnie.

Na te smutki dobre tylko wesele,

Śmiech jej nie da tarzać się we łzawym bagnie.

W piękną suknię przyodzieje swe wdzięki

I zatańczy na radości parkiecie.

Wnet ulotnią się koszmary i lęki,

Tańca moc wnet wszelki smutek wymiecie.

 

Cichomitu:

Ee, gwiazdujesz, moja próżna pannico,

Tylko tańce i swawole ci w głowie…

Wiecznie pudrem pokrywałabyś lico…

Niech no Ommasz coś mądrego nam powie…

 

Ommasz:

Milczę , słucham waszych dziwnych dociekań.

W radę mędrców się bawicie żałośnie.

A czas ciągle bezlitośnie ucieka

I nasz dramat się przedłuża nieznośnie.

Sami siebie zaczynacie już nudzić,

Swą przydługą i jałową dysputą.

Grunt, by Dziwną wreszcie ze snu przebudzić,

Bez popisów elokwencją, czy butą.

To nie konkurs, kto ma siłę, czy rację.

Tu się ważą losy OSOBOWOŚCI.

Najpierw trzeba zatem zmienić narrację,

By ściek smutków zmienić w strumień radości.

Każdy z was winien całkiem uczciwie

Przyjrzeć się swym schematom myślenia

I przed sobą przyznać bardzo poczciwie,

Że to przez nie nic się w Dziwnej nie zmienia.

Napełniacie ją swoimi trwogami,

Nastrajacie melancholią, zwątpieniem.

Stąd tak krąży nieznanymi drogami,

A jej żywot wciąż jest dla niej cierpieniem.

Spójrzcie tylko, ile zalet ma w sobie

I jak dużo utajonej ma mocy.

Czemu leży w mrocznym lęku grobie

I doświadcza ducha ciemnej nocy?

Przestań mącić, smutny ty Nihilicie,

Który siły swą nicością odbierasz.

Acojaku, skończ zatruwać jej życie,

Gdy w katastrof możliwościach przebierasz.

Ty, Etammie, wszystko tylko podważasz,

Pławiąc się w swej obojętności.

Ty, Infancie, dziecinadą porażasz,

Wypij wreszcie choć łyk dojrzałości.

Cóż, Luketmi, co dla ciebie jest ważne,

Poza ciągłym wywieraniem wrażenia?

Może warto potraktować poważniej

Co ma reszta z nas do powiedzenia?

Filozyto, wiem, że mądrość miłujesz

I miłości tej wciąż rodzisz owoce.

Sprawdź czy czegoś jednak w Dziwnej nie psujesz,

Mędrkowaniem osłabiając jej moce.

CryNolino swym lamentem przytłaczasz

Entuzjazmu i energii obszary.

I granice cierpliwości przekraczasz,

Gdy wąchamy łez twych duszne opary.

BowPierre, na złość twą jest relaks wskazany,

Nim wybuchniesz i się w niebyt obrócisz.

Ty, Lukforze, chyba jesteś skazany

Na tułaczkę, z której nigdy nie wrócisz.

Na złe myśli poszukajcie lekarstwa,

I terapii na swe ograniczenia.

Nie zbuduje się wielkiego mocarstwa

Na tych zgliszczach myśli bez znaczenia.

Od tej chwili podejmijcie wyzwanie,

By nawzajem się myślami wciąż wspierać.

Zobaczycie co się wówczas tu stanie,

Gdy energii nikt nie będzie zabierać.

Każdy z nas w drużynie tej ma swą rolę,

Służy innym tak wieloma cechami.

Trzeba tylko zniwelować złą wolę

I złe myśli przyprawione lękami.

Pozytywność zaproszona do domu

Bardzo chętnie się tu, za stołem, rozgości.

Więc już zamiast dysput po kryjomu

Zaczynajmy wnet gniazdko jej mościć.

 

Entuzjusz:

To genialne jest Ommaszu, ja padam…

Skąd tak wiele w Tobie drzemie mądrości?

Ja z radości się już nie posiadam

Na myśl, żeby pozytywność ugościć!

 

Cichomitu: No już, cicho mi tu! To zacznijmy!

Pocomit: Zamiast gadać, do roboty się bierzmy!

Infant: Powrót Dziwnej dzisiaj hucznie uczcijmy!

CryNolina: Zamiast płakać, w Dziwną w końcu uwierzmy!

 

Lukfor: Po co komu bezcelowe drążenie?

Nihilit: Gadaniną nic nie osiągniemy.

BowPierre: Koniec pieśni, która wprawia nas w drżenie!

Filozyta: Złoty środek w pieśni swej odnajdziemy.

 

Luketmi: Piękno Dziwnej niech nas wreszcie zachwyci

Agdyb:  I krainy wyobraźni bogatej

Acojak: I rozumnej kalkulacji odkrycia

Etamme: I dystansu, i humoru dostatek.

Infant: haha

 

Koniec