Czasu czesanie

Czasem się martwi. Czas ją umartwia. Czasem też czuje się martwa. Tej dziwnej, oby tymczasowej dolegliwości nie może się pozbyć, mimo wielu lat przeżytych. Ubrana w konwencjonalną czasowość ukrywa pod doczesną fasadą przeczucie i pragnienie bezczasowości. Z roku na rok, z dnia na dzień i z chwili na chwilę odczuwa dojmujący smutek pożegnania z właśnie przemijającą jednostką czasu. Połączony z ulgą wyzwolenia. Z trudem odkleja się od mijającego momentu i z opóźnieniem ląduje w chwili teraźniejszej, nie zawsze w porę odnajdując jej smak. Uwięziona w za-myśleniu rozmija się z tu-byciem, ryzykując czasem życiem. Z każdym kolejnym wdechem nabiera nadziei na wieczność i wydycha duszne opary skończoności.

Kleista tendencja uporczywie wykrada jej energię spontaniczności i radosnego oczekiwania na „potem”. Problem z pożegnaniem dnia minionego lub etapu już zamkniętego rozprasza i niweczy aktualność istnienia. Fundamentalny brak akceptacji dla życia zmienności zamraża naturalnie płynącą elan vital. Zagrożenie petryfikacją ducha i przedwczesną starością wciąż czai się na horyzoncie. Kto bowiem pragnie zatrzymać czas lub powrócić do lat minionych w mentalnej podróży sentymentalnej? Nałogowy nostalgik lub starzec, który chwilą obecną nie może się nasycić w żaden sposób.

Zaś młody duch otwarty jest na przepływ chwili i w nurcie rzeki czasu swobodnie daje się ponieść wciąż przed siebie galopującej fali. Nie ogląda się za siebie bez potrzeby. Nie zapętla się w kołowrotku wspomnień, tracąc z oczu aktualność doświadczenia i horyzont przyszłych konsekwencji. Bez cienia żalu rozstaje się, krok po kroku, z kolejnymi chwilami, do żadnej nie przywiązując się wielce. Z ciekawością dziecka przyjmuje kolejny moment i naturalnie wtapia się w nowy koloryt świata. Żyjąc w aktualności nie przypieka swoich myśli na ruszcie niepokojących wyobrażeń. Osadzony w tu i teraz ogląda się czasem za siebie, by dokarmić się wspomnieniem. Czasem też oddaje się marzeniu, co traktuje jak ozdobę codzienności. Żyje w czasie i na czasie, czasem na nosie czasowi grając.

Nostalgiczność romantycznie ozdobiona może jawić się ludzkości pozytywnie. Kiedy zajrzysz do jej wnętrza spotkać możesz jednak tam zjawiska dziwne. Czarny wir huczący, rwącą rzekę pełną śmieci, wodospady łez i wichry potarganych wspomnień, zjawy czasu przyprószone kurzem zapomnienia. Klej nostalgii i do zmartwień inklinacja może czasem zablokować strumień życia. Ciężar myśli, obaw, rumianych interpretacji i gorzkich ruminacji, pozbawia lekkości i czyni nieznośnym bycie. Bierne osadzenie w minionych chwilach pozbawia wpływu na chwilę obecną i zawęża postrzeganie. Brak akceptacji straty może być przyczyną utraty wagi, a nawet życiodajnej nadziei.

Wdech. Mija chwila. Wydech. Kolejna. I gdzie się obie podziały?

Czy czas się kurczy? Chwile pożera? Co jej te dwie chwile dały?

Dlaczego złapać żadnej nie może i każda z rąk się wymyka?

Po co ten cały z czasem ambaras i czemu zegar wciąż tyka?

Na co kolejne ma widzieć chwile, gdy w przepaść stoczą się zaraz?

Smok czasu szydzi z niej nieustannie, nicości śledzi ją mara…

Głęboki oddech, skupienie, cisza może tę chwilę uładzą.

Pośpiech i chaos, złość oraz żale nic tu zapewne nie dadzą.

Na tę alergię na upływ czasu lekarstwa nie ma jednego.

Lecz w odpowiednich dawkach nostalgii nic też nie czai się złego.

Gdy biograficzne puzzle układa i tworzy mapę swych ścieżek,

z lubością sięga po kiście wspomnień i w sens nostalgii swej wierzy.

 

Reklamy

Umiejscowienie

Kraków ciasno upięty, w warkocz ulic zaklęty.

Ponoć klimat tu i magia się kryją.

I choć smogu odmęty prędko pójdą ci w pięty,

to tu właśnie stare baśnie ożyją.

Tu ze smokiem wypijesz czekoladę gorącą,

po czym w Wiśle wszelkie troski utopisz.

Tu bohemy pochodnię czasem ujrzysz płonącą

i niejeden ujrzysz tu dziwny popis.

Gdy z Warszawy, o zgrozo, przybyć tu postanowisz,

dobrze przemyśl to najpierw człowieku.
Nie zapomnij, że dziwo zawsze będziesz stanowić,

więc zbyt wiele tu też nie oczekuj.

Gdy poczujesz, że miasto dominuje nad Tobą

i powoli już oddychać przestajesz,

zobacz kiedy przestałeś na sto procent być sobą

i czy czasem kogoś już nie udajesz.

Kiedy we śnie głębokim o owocach w ogrodzie

i pagórkach zielonych wciąż marzysz,

sprawdź co stoi tym pięknym wizjom twym na przeszkodzie.

Co faktycznie miłością swą darzysz?

Zerwij miejskie kajdany i uwolnij się w porę,

nim energia twa zupełnie opadnie.

Zamiast kamiennych bruków, przytul wnet drzewa korę,

tam energii nic ci już nie wykradnie.

Choć błądziłeś latami po tych miejskich tunelach,

nie rezygnuj z zielonego marzenia.

Mieszkaj tam, gdzie najmocniej ci się radość udziela

i gdzie chaos się w harmonię przemienia.

Międzymiastowa tożsamość, niczym fala przepływa przez korytarze świadomości. Kim jestem? – woła głos na jednym brzegu. Ktoś ty? – zapytuje na drugim. A ja czekam i czekam i czekam, aż na Brackiej przestanie padać deszcz i z błogiej ciszy wynurzy się odpowiedź na pytanie: Kim tyś jest, madame? Warszawianką, Krakowianką a może kimś bez etykietki?

Kiedy przybyłam z nowej do starej stolicy kształcić się na edukacyjnych wyżynach, nie sądziłam, że osiądę tu na długo. Snobistyczne poczucie wyjątkowości przesunęło swój akcent i osiadło w przekonaniu, że robię krok całkowicie pod prąd warszawskim wyobrażeniom o racjonalności. Jakże to tak? Z epicentrum krajowych wydarzeń, nieskończonego wachlarza możliwości wszelakich, wprost na prowincję i margines efektywności? Czy dobrze to przemyślałaś? Czy aby na pewno? – skrzeczały wokół głosy i głosiki. Im większe ogólne zdziwienie, tym silniejsze było moje przeświadczenie o doskonale oryginalnym wyborze.

Pierwszy łyk nowego miasta miał posmak goryczy, gdy przez kilka tygodni moje płuca i oskrzela przechodziły trudny proces adaptacji do nowej, choć wątpliwej jakości powietrza. Filozoficznie uskrzydlona przysiadłam na dłuższy czas w starych murach szacownej uczelni. Wsłuchując się w legendy o magicznym klimacie Grodu Kraka, odczuwałam coś w rodzaju podwójnego uprzywilejowania. Oto przybyłam z krainy względnej nowoczesności do miasta, w którym gdzieniegdzie zatrzymał się czas i prastare wartości. Mam więc dwa najwspanialsze doświadczenia z kręgu tych miejskich, otwierające me horyzonty i pogłębiające i tak już całkiem głęboką wrażliwość. Nic dodać, nic ująć.

Zauroczona staromiejską estetyką, artystyczną tajemniczością i naukową elegancją, przez jakiś czas karmiłam się tymi wrażeniami, co jakiś czas uświadamiając sobie narastający przekornie i irracjonalnie wewnętrzny głód. Długo zajęło mi rozpoznanie, co ten głód oznacza i jaki pokarm jest dla mnie optymalny. Wciąż jednak, owinięta w krakowski mit, pielęgnowałam dumę z bycia-w-miejscu, zamiast z bycia sobą, zapominając o swoich autentycznych potrzebach, czekających na rozpoznanie.

Ścieżki tułacza są może nawet ciekawsze od wydeptanych ścieżek większości. Mają to do siebie, że tworzą niezwykły labirynt, którego sens i harmonię można ujrzeć dopiero z odpowiedniego dystansu. Tak więc po piętnastu latach poszukiwania swojej tożsamości, z pomocą najlepszego Przewodnika, odnalazłam w dziwnym splocie okoliczności jasne i wyraźne odpowiedzi. Jaskrawa świadomość niechęci wobec miasta przebijała spod zasłony przyzwyczajenia i marazmu. Postępująca irytacja, wynikająca z nadmiaru miejskich bodźców i bezskutecznych poszukiwań siebie-w-mieście, drążyła skałę, kropla za kroplą. Depresyjnie spowolniony umysł i niedotleniona tożsamość wydawały bezgłośny krzyk o ratunek. Krople, szepty i krzyki okazały się na tyle skuteczne, by podjąć ostateczną i nieodwołalną decyzję: koniec z miastem.

Jedna decyzja, niczym kostka domina, uruchamia cały proces przemiany. Zaklęte w cegły marzenia rosną centymetr po centymetrze, tworząc obraz nowej, dojrzewającej całości. Prostokąt przestrzeni „poza” obiecuje zieloną przygodę w całkowicie nowym kontekście. Szesnasty rok tułaczki zwiastuje początek zakorzenienia. Umiejscowienia tożsamości poza miejskimi etykietkami.

Ciąg dalszy,

mam nadzieję,

nastąpi.

O wydmuszkach i sensu okruszkach

W poszukiwaniu sensu przemierzyłaś kilometry na pustkowiu. Wpatrując się w malowane twarze i perfumowane peruki pytałaś o sedno. Czekając na dzień ten świąteczny pielęgnowałaś po cichu nadzieję na przełom i pełnię. Przy stole majestat i patos przez chwilę stanowił preludium. Fala uniesienia nadzieją na autentyczne życzenia na moment dostarczyła mililitrów wzruszenia. Kolorowe kwiaty w szklanej kuli budziły przeczucie pełni i rozkwitu prawdy bycia. Zdobione jajka, poświęcony chleb i skromna świeca wskazywały poza siebie, wprost na Niepojmowalne…

Lecz jakże łatwo ześlizgnąć się na poziom czystej formy, zmazując po drodze wypełnione treścią ślady metafory. Łatwo zagubić istotę sprawy pośród nieistotnego bełkotu. Prędko rozmywa się horyzont sensu, gdy pokarm świąteczny rozpuszcza się w sokach żołądkowych, nie odżywiając duszy. Tak łatwo rozdmuchać pył, który jeszcze przed chwilą cieszył oko pod postacią przepięknej mandali.

Spod maski obyczaju ziejąca chłodem pustka się wyłania. Spod słów spłowiałych i wytartych życzeń wyziera jaskrawy brak treści. Słyszysz: „Wesołych i zdrowych!” i twoje myśli wędrują ku desygnatom tych pojęć. Mimo wysiłku nie odnajdujesz desygnatu, którego szukasz. Słyszysz: „Smacznego jajka!” i myślisz: „Doprawdy? Ale jaja…”. Słyszysz antymetafizyczną narrację, przeplataną refrenem o świątecznych przygotowaniach i cenach mazurków. Przyprawioną wściekłym buntem odę do wolności od religijnej tyranii połączoną z opisem nowego świątecznego wypieku. Więc logicznie i do bólu racjonalnie zadajesz jedno z tych znienawidzonych w dziejach pytań: „Po co to wszystko?”. I głucha cisza dobywa się z czeluści, do której zepchnięto wszelkie niewygodne pytania…

Za konwenansem świątecznym stoi zgrzybiały staruch bez zębów na przedzie. Śmiech jego niesie się echem niczym cymbał brzmiący. Albo miedź brzęcząca. Im więcej niewiary w sensowność, tym większa wiara w… nicość. Czarne mary. I żadne czary – mary nie pomogą. Gdy brak wymiaru sensu – pozostaje ozdabianie brokatem wydmuszek. Wyzutych ze znaczenia, wyssanych z soków życia i nadziei. Wydmuszki konwenansów niepostrzeżenie pozbawiają wnętrza także swoich wyznawców. I rośnie grono sybarytów, którzy przejedli swe pragnienia i ambicje. I zdaje im się jeszcze, że mogą zamaskować swą „kulturą” czarną dziurę. A zgrzybiały staruch – król miraży, trzyma się za brzuch w spazmach śmiechu i wystękuje w krótkich przerwach: „We-so-łych świą-ą-ą-t!”.

„Zdrowych, spokojnych!” – dudni w głowie zbyt donośnie. I jakiś syk dobywa się spod wykrochmalonego obrusa. To wąż, co pełznie cicho przez krainy obyczajów i konwencji, formatując umysły, zamykając granice świadomości i rozmazując horyzonty percepcji. I zręcznie owija się wokół głodnego ego, pozwalając na zwycięstwo konsumpcji nad metafizyką i wydmuszki nad jajkiem. Spod perfumowanej peruki wyziera łysina bezsensu i braku nadziei. Pod malowanymi powiekami pozbawione wiary źrenice wpatrują się łapczywie w lukrowaną babkę – antidotum na samotność.

Pusto brzmiący cymbał wybije kiedyś ostatnią godzinę. Cicho i jałowo brzęczy miedź. Brak miłości, vanitas i horror vacui. Zapomniane słowa, niewygodne pytania przeciskają się przez kanał między światami. Nadejdzie ponoć chwila prawdy, czymkolwiek ona jest. Godzina zdjętych masek i perfumowanych peruk. Nagich czaszek i odsłoniętych kręgosłupów moralnych. Godzina egzaminu z teorii i praktyki autentycznego bycia.

Wśród obfitości mazurków, cukrowych baranków i czekoladowych jajek być może znajdziesz jeszcze okruchy niestrawionego i zwróconego sensu życia. Zajrzyj pod stół – leżą one na brudnym i sprutym już mocno dywanie – w przestrzeni pozbawionej wszelkich konwenansów. Po drugiej stronie brokatowej skorupki.

 

Kontury rozmytego ego

Dwucentymetrowy tips w kolorach morskiej głębiny upstrzonej złotym pyłem rytmicznie porusza się po szklanym ekranie smartfona, to w górę, to w dół. Jakby w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Ozdobiona wachlarzem sztucznych rzęs źrenica podąża wiernie za tipsem, tworząc pozory celowej i refleksyjnej aktywności. Wyregulowana, zbyt mocno zabarwiona henną brew i maszt fluidu rozpięty na płaszczyźnie młodej twarzy, nadają pozory przekonania i pewności: „wiem, co robię”.

Swe psychiczne granice ubrała w cielesne kontury. Zarysowane trochę zbyt mocno, nachalnie i śmiesznie. Błagają rozmyty świat zewnętrzny o chwilę uwagi i akceptację. Przerysowana autodefinicja wrastająca w paznokcie, rzęsy, brwi i resztę ciała budzi skrajne odczucia. Na swoje kruche palce zakłada pierścienie, by wreszcie poczuć władzę. A wysoki obcas buta ma skutecznie zamaskować jej życiowe przygarbienie. Wyraz jej krzykliwie karminowych ust zdaje się oznaczać: „wiem kim jestem, zejdź mi z drogi!”. Ubrana w barwy ochronne wyrusza w miejsce sobie tylko znane.

Siedząc w tramwajowym wagonie przygotowuje swoją kruchość na spotkanie ze światem wymagań. Tych prawdziwych, dotyczących odniesienia do świata i tych urojonych, gdzie maska i poza stają się warunkiem koniecznym. Jej błądzący wzrok od czasu do czasu odrywa się od szklanego ekranu, by prześlizgnąć się po rozmytym świecie, dostarczając myślom kolejnej dawki rozczarowania. Czym prędzej powraca więc do świata słów i obrazów, którymi może w pełni sterować. Rytuału wędrującego tipsa i wiernej towarzyszki – źrenicy.

Szczęśliwy wybranek – smartfon – nagradzany za swe istnienie głaskami spod pstrokatego paznokcia, z lubością poddaje się tej manipulacji. Dostarczając Jej co dnia bodźców wzrokowych, słuchowych i wyobrażeniowych pełni funkcję ważniejszą niż niejeden ziomek. Przy nim spokojnie zasypia, o jego wewnętrznym bogactwie śni i przy jego perfekcyjnym dźwięku się budzi, by zaraz sięgnąć po kolejną dawkę wirtualnych procentów. Nie ma pojęcia jak bardzo stała się jego własnością…

Energii ubywa jej co dnia. Kontury więc rysuje wyraźniej. Pomału dociera już do dna. I szukać zaczyna swej jaźni. Wpatruje się w ekran z nadzieją, że tam swe antidotum odnajdzie. Lecz czego naprawdę tam szuka? I czego pragnie najbardziej?

Gdzie jesteś? Skąd swą siłę co dnia czerpiesz?

Pod spodem ciężko dojrzeć prawdy ziarna.

Co zamiast tylu masek możesz wybrać?

Skąd myśl, że świat jest tylko pyłem marnym?

 

Co dają ci twe pozy, modne maski?

Skąd bunt i żal przykryte pudrem sceptycyzmu?

Czy tym sposobem chcesz zasłużyć na oklaski?

Czy może dodać swemu życiu dramatyzmu?

 

Czemu ukrywasz swoje naturalne ego?

Do czego dążysz gdy poprawiasz swe kontury?

Chcesz być kimś, lecz oddalasz się od tego.

I akcent kładziesz na te nonsensowne bzdury.

 

Zdejmij tę maskę, poczuj siebie mimo braków.

Zaufaj swemu prawdziwemu obrazowi.

Tak więcej możesz doznać życia smaków.

I to, co Twoje, w morzu bodźców łatwiej złowisz.

Blaski i dźwięki prawdy. Refleksje po koncercie* Antoniny Krzysztoń

Pośród szarości i nijakości życia codziennego, w epicentrum smogu i politycznych wibracji, rozglądałam się za jakąś szczepionką przeciwko wirusowi negatywizmu. Tym razem długo jej szukać nie musiałam. Antywirus sam zainstalował się w systemie mojej percepcji, gdy nadeszła wiadomość o muzycznym wydarzeniu w przepięknym neogotyckim kościele Św. Józefa na krakowskim Podgórzu. Nie wahając się ani sekundy przyjęłam swoją decyzję z nadzieją na ulgę. Po prostu musiałam tam być.

Rynek Podgórski przygotowany do sylwestrowych podrygów napęczniał białymi namiotami. To jedno z centrów zabawy noworocznej, której wyczekują spragnieni bąbelków i prostego beatu. Tuż za rynkiem, na wzgórzu miejsce mocy, ukryte za zasłoną komercji i bylejakości. Strzeliste mury, majestatycznie ozdobione nawy. Co za klimat do spotkania z Autentycznością!

Gdy nadeszła wyczekiwana Osoba wraz z zespołem – uchyliła się furtka do Piękna. Wprowadzenie w spotkanie wokalizą, a potem słowami pięknej piosenki: „Jest inny świat. Tak wiem, gdzieś tu. Nie za lasami tam. Po prostu jest gdzieś tu” napełniło mnie metafizycznym wzruszeniem. Ta chwila tylko dla mnie, gdy drzwi do zaskorupiałego już dość serca wydają pierwsze skrzypnięcie. Czyste łzy płyną w sposób niekontrolowany, obmywają zakurzony klucz do zakopanej duszy. Kolejne utwory stanowiły wędrówkę kolędową, pięknie oscylującą między dziecięcym rozbrykaniem, a nostalgiczną zadumą. Napisane przez Autorkę ich słowa, jak sama twierdzi, przychodziły do niej rok po roku. Już ona dobrze wie skąd i po co.

Profesjonalizm młodych muzyków i ich urocza pokora dopełniały wyrafinowany styl i głębinowy wokal Artystki. Z każdą minutą topniały lodowe zapory w sercach i duszach słuchaczy. Gdzieś ulatniał się wszędobylski krytycyzm i złogi przyprawionego złością lęku. Na marmurowych twarzach wyłaniał się powoli ciepły uśmiech, a rozbawienie zaproszeniem do wspólnego śpiewu dotknęło nawet tych mrukliwie wycofanych. Żywa radość rozlewała się między rzędami, a nawet zrzędami.

To, co urzeka najbardziej, zaraz po niewątpliwym talencie, to piękno autentyczności i skromności Wokalistki. Tak bardzo ludzka, bez grama nadęcia, prawdziwie radosna i otwarta. Jest tu i teraz. Werbalnie i niewerbalnie wysyła komunikaty, które trafiają swoją prostotą i silnym ładunkiem prawdy do zmęczonych rutyną umysłów. Świeżość i nadzieja promieniują i udzielają się tym, którzy siedzą całkiem blisko i dużo dalej. Spotkanie z Kimś obdarzonym i świadomym tego daru – to także dar.

Nie samą muzyką żyje człowiek. Coś tu się kryje pod spodem. Coś, co nadaje dźwiękom i słowom moc większą niż najlepsze nagłośnienie. Co wlewa życie w uszy słuchacza i nie pozwala zapomnieć. Coś, a raczej Ktoś. Kto przychodzi po śpiewnym zaproszeniu: „Maranatha!” i nie pozwala zgasnąć talentom.

Pełna wdzięczności za Prawdziwie Pozytywne Doświadczenie wróciłam do swojej skorupki. Odnowiona, przebudzona i napełniona nadzieją. Zaszczepiona na bylejakość i sylwestrowy zalew kiczu. Po prostu ja.

Pełnego autentyczności i piękna roku 2018 życzę wszystkim. 🙂

* Koncert Antoniny Krzysztoń 30.12.2017 r. w kościele Św. Józefa w Krakowie

church Foto: Joanna Grochala

 

W Sieci koncert kolęd A.K. w radiowej Trójce pod tym adresem: https://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/1704439,Antonina-Krzyszton-i-koncert-jej-koled

 

 

Całość prezentowanych na stronie https://jonnagro.wordpress.com/ treści podlega ochronie prawnej. Reprodukcja tekstów w całości lub części jest możliwa po kontakcie z autorką za pomocą poczty elektronicznej oraz pod warunkiem każdorazowego podania źródła pochodzenia wraz z nazwiskiem autorki. W przypadku publikacji internetowych źródło powinno być działającym linkiem do strony głównej: https://jonnagro.wordpress.com/

?

Pytanie. Przerażająco zobowiązujące. Otwierające jeszcze nierozpoznane przestrzenie. Poruszające struny, które chcą być zapomniane. Zatrważająco konsekwentne i bezlitośnie logiczne. Uruchamiające machinę, której nic już zatrzymać nie zdoła. Euforycznie ożywiające lub mrocznie przytłaczające. Wysublimowany klucz do serca lub łom miażdżący czaszkę. Na smyczy ukrytej za kotarą intencji.

Prosty proces zadawania pytania. Nieprzewidywalny w skutkach. Niepokorny i bezczelny. Wprawiający w drgania spokojną płaszczyznę pustyni. Kamyk tworzący zmarszczki na tafli jeziora. Pierwszy poruszyciel kostki lodu, uruchamiającej lawinę. Pierwsza kostka domina w ruch wprawiona. Wielki wybuch „czegoś” wprost z „nicości”.

Jakim prawem psujesz spokój, ciszę, marazm? I domagasz się drapieżnie odpowiedzi. Kiedy milczysz jest błogostan, brak i pełnia. Nie naruszysz czyichś granic, nie rozjuszysz. Lecz gdy tylko wzywasz kogoś do reakcji, nigdy nie wiesz co tym razem w nim poruszysz.

Czasem cierpię, gdy pytania nie dostaję. Głos wewnętrzny się domaga ujawnienia. Brak pytania rozczarowań źródłem bywa. Czasem też dojmującego wręcz cierpienia. Kiedy wewnątrz polifonia myśli, odczuć – jest nadzieja, że ten drugi mnie zrozumie. Gdy pytania uporczywy brak doskwiera, zakopuję się w swej urażonej dumie. Ignorancję, obojętność trudno przyjąć. Ego karmi się zainteresowania strawą. Gdy milczenie się przedłuża bezlitośnie – serce wnet wypełnia się urazy wrzawą.

Gdy pytania nie zadajesz – to zyskujesz. Spokój ducha, serca, ciała, czyste trwanie. I gdy nikt nie wzywa cię do odpowiedzi – nic nie tracisz, poza szansą na Spotkanie.