S(t)ymulacja życia

Zakuci w kajdany społecznego: „musisz” robią, co mogą, nawet gdy biorą, czego nie mogą. Zażenowanie pokrywają zażywaniem, nawet gdy za zażycie ofiarą może być życie. Im bardziej wstydzą się bycia nikim, tym bardziej skomplikowanych wiązań chemicznych poszukują. Rozglądając się na cztery świata strony, zewsząd dostrzegają tylko cienie konkurentów w wyścigu po lepsze jutro i pojutrze. Osaczająca świadomość zawężających się możliwości, uciekających szans i kurczących się zasobów nieznośnie wbija swoje zęby w bezbronnie odsłonięte karki. Niechęć do przeciętności i bylejakości zamienia się w groźną fobię, przed którą zdaje się nie być lepszego lekarstwa. Bo oto tu, na wyciągnięcie ręki, prawie na tacy podana biała tabletka na niebylejakość. Niemożliwe nigdy nie było tak bardzo możliwe jak teraz, gdy jeden łyk otwiera szeroko drzwi percepcji.

To, co się liczy zakorzenione jest w okolicy potylicy. Podkorowo lub podprogowo, ledwie wyczuwalnie. Machina przekonań na temat tego, jak-się-żyć-powinno uruchamia się co rano tuż po przebudzeniu i rozpędza z każdym kolejnym łykiem kawy. Stymulujący obraz siebie, świecącego jak Wega na firmamencie przeciętności, tworzy przyjemną mgiełkę stapiającą się z dymem trzeciego papierosa. Słuchowym kanałem, prosto z modnych słuchawek aż do centrum sterowania myślą, sączą się podtrzymujące wiarę w siebie afirmacje lub rytmiczny beat. Życie jest coraz bardziej znośne, wręcz słodkie.

Dopełnieniem porannej wyprawki, szykowanej na drogę do: przeszklonego wieżowca, na prestiżową uczelnię lub do miejsca „modnych i zaradnych” jest ta mała tabletka. Źródło perfekcyjnego skupienia, rozwiązania supłów niepewności i uwolnienia zbyt mocno skrytej na co dzień kreatywności. Adderall – lekarstwo bez oka zmrużenia zapisywane na uwagi zaburzenia. Tak przecież powszechne w tym świecie, a tak dokuczliwe. Antidotum na legendarną nadpobudliwość psychoruchową, zwaną jakże znajomo: ADHD. Amerykański sen zaklęty w kawałeczku materii, dostępnym dla każdej grupy społecznej z przerostem ambicji. Nieważne, czy jest się rumianą licealistką w trampkach, zakuwającą do egzaminu na szkolnym parapecie, czy groźnym rekinem biznesu pod krawatem – ratuje się, kto może. Amfetaminowy wypełniacz lekarstwa nęci i kusi, podstępnie i bezwzględnie związuje ręce i wolę, zawężając świadomość związania. Wszystko legalnie. No problem.

Skala zażywania specyfików zmieniających świadomość, w społeczeństwie rzekomej powszechnej szczęśliwości, zadziwia i wbija w zadumę. Czemu bowiem tam, gdzie wolność i samorealizacja zasiadły na złotych tronach, ludzie tak masowo dają się zakuć w kajdany? Dlaczego w imię szczytnej idei wewnętrznego szczęścia zażywa się substancje niszczące zdolność do introspekcji? O co właściwie chodzi w tej wędrówce dusz po głaski, dobre oceny, uznanie lub wyższy szczebel na drabinie tak zwanego społecznego rozwoju?

Karawany niewolników w milczeniu maszerują pustyniami miejskich ulic. Nie tylko  w krajach odległych, lecz całkiem blisko, tuż obok. Wpatrzeni w ekrany swojej wyobraźni sterowanej przez ekrany smartfonów. Podłączeni do butli tlenowej zysku i aprobaty. Często stymulowani używkami słabszymi lub mocniejszymi, w mroku wstydu skrywanymi. Kroczą do celu. Podobno. 

Człowieczy los, tak bezlitośnie na pociski wystawiony.

Sumienia głos, tak dramatycznie na pokusy narażony.

I tajemnicza skłonność do wikłania się w złudzenia

w setkach biografii się przewija do znudzenia.

 

Lęk przed wolnością i odwagą bycia sobą

niejednokrotnie staje się ducha chorobą.

W chorobie łatwo skuć w kajdany słabą wolę,

obiecać cuda i remedium na niedolę.

Zalecić leki, co wypełnią wszelkie braki,

nadadzą życiu jałowemu nowe smaki.

Poprawią jakość odczuwania i myślenia,

byle zapłacić ten podatek od złudzenia.

 

W cichej pogoni za odmianą i poprawą

należy sprawdzić co jest główną ducha strawą.

Białej tabletki łatwo stać się niewolnikiem,

gdy się przestaje swego życia być sternikiem.

 

Pytanie zawsze więc otwarte pozostaje:

jak chcę przemierzać biograficzne swe rozstaje?

Komu pozwolę priorytety swe określić?

I jak sens życia w jednym zdaniu mogę streścić?

 

Zainspirowane dokumentem „Take your pills” dostępnym na Netflix

IMG_20180827_085838

foto: Joanna Grochala

Reklamy

Baja belongo

Belonging, longing, ging… Słowo w tonacji bluesowej kołyszące swym melodyjnym brzmieniem. W rytmie tęsknoty za przynależnoością i melancholii samotnego wędrowca. Czym wszakże jest owa przynależność – ten dziwny mechanizm społeczny, uwarunkowany jedną z podstawowych potrzeb animal sociale?

Oto człowiek. Z natury i definicji niedookreślony. Wiecznie w drodze, wciąż w procesie, nieustannie się rozwija i przekracza kolejne granice. Na permanentnym głodzie uznania i poznania. Czasem w delirycznym drżeniu i dość żałosnym położeniu. Ten człowiek, który w imię odnalezienia się w grupie uznającej go za swego, może posunąć się do czynów całkowicie nieuznanych. Ale i ten, który chcąc zachować własną odrębność, wyrzeka się wszelkich etykietek, nieświadomie wpadając w nowy zbiór pod nazwą: „odszczepieńcy”.

Oto człowiek. Spragniony kropli akceptacji w spiekocie oschłości lub ciepłego uścisku na mrozie obojętności wzajemnej. Ten człowiek, który wyrzeka się swoich korzeni lub stwierdza: „Nie znam tego człowieka”, gdy większość przytłacza jego ego groźnymi spojrzeniami. Ale i ten, który z pewnością swego rzecze: „Królestwo moje nie jest z tego świata”.

Cena zarówno za przynależność, jak i brak przynależności bywa równie słona. Chociaż to drugie wydaje się czasem brzemieniem jakże lekkim i słodkim. Zwłaszcza, gdy za przynależność żądają zbyt wysokiej należności. Okupu w postaci odarcia z indywidualizmu i wolności. Wszak zbyt oryginalne spojrzenie jawi się często jako zagrożenie. A niemieszczący się w schemacie sposób myślenia lub wygląd budzi irytację, uruchamia zazdrość, przyciąga zawistne spojrzenia.

Kanarek wśród wróbli, czy wróbel pośród wron – w każdym przypadku ryzyko zadziobania rośnie proporcjonalnie do różnic w upierzeniu lub wysokości tonu. Krakaj więc jak i ony lub zrób się na szaro, żółtodziobie! Nie wychylaj się i stul dziób, gdy szereg jest zwarty i gotowy do marszu. Opamiętaj się i wciąż pamiętaj, że ostracyzm bardziej boli niż zglajchszaltowanie.

Wychowanie do oryginalności staje często w poważnym kontraście do wychowania do wspólnoty. A dojrzewanie do pełni życia staje się niejednokrotnie podróżą przez wyspy i zatoki konformizmu, aż do wielkiego powrotu do siebie. Skrajne przykłady oportunistów, takich choćby jak Jan Piszczyk, budzą nasz wstręt i politowanie. Czy jednak znacznie większe niż skrajne przykłady ekscentryków i oryginałów? Czy, całkiem szczerze i z ręką na sercu, nie miłujemy najbardziej przeciętności? To wszakże „średnio” i „statystycznie” kojarzy się z  bezpiecznym, sennym portem. To na tej mapie umiejscawia się to, co „normalne”, „zdrowe” i „swojskie”. Strach budzi obcy punkt widzenia, język, obraz. A znane znaki, utarte ścieżki tworzą ciepły kokon zaufania.

Gdy wieczorami w tym teatrze życia społecznego,

w skrytości tęsknisz za wspólnoty głasków mocą,

lecz uznawany bywasz za odszczepionego,

w bezsennym tańcu wciąż spotykasz pustkę nocą.

 

Być może marzysz o uznania ciepłym pledzie,

który otula niepewności czarne dziury,

lecz nie doświadczasz nic takiego w swojej biedzie

a świat się jawi jako zimny i ponury.

 

A może wspinasz się po szorstkiej tej kurtynie,

by zdobyć choć namiastkę aprobaty.

Lecz  bez efektów, choć czas bezlitośnie płynie,

a wokół tylko mury, zimne kraty.

 

Lekarstwem i pokarmem się wydaje

do grupy jakiejkolwiek przynależność.

Czy jednak to więzieniem się nie staje:

to uwikłanie w sieć układów i zależność?

 

A co, gdy grupa, której jesteś elementem,

nie życzy ci twych skrzydeł rozwinięcia?

Obmawia, knuje i prześmiewa za zakrętem,

z lubością tworząc ferment i napięcia?

 

Rozeznać dobrze: komu ufać, skąd uciekać,

to sztuka i potrzebna kompetencja.

Szukać nie tyle grupy, co CZŁOWIEKA

i być z nim sobą – to relacji jest esencja.

 

sweet  Foto: Joanna Grochala

Apetyt na miód

Na jednej z półek w piwnicy Jej umysłu stoi słoik. Niedomknięty, szklany słoik napełniony aż po brzegi trującym miodem. Hipotetyczny gość w owej piwnicy wyczułby zapewne zapach, jednocześnie słodko nęcący i gorzko odpychający, wydobywający się spod wieczka. Miód ten ma właściwości wielorakie, od psychoaktywnych, po psychopasywne. Od integrujących i harmonizujących po stymulujące i halucynogenne. Pozornie życiodajne, lecz de facto życia pozbawiające. Dziwny to miód, przez dziwaczne pszczoły stworzony, karmiące się nektarem z grafitowych kwiatów melancholii i nihilizmu. Słodko – gorzki miód nostalgii.

Gdy tylko zabraknie w Jej obrazie świata jakiegoś fragmentu układanki lub gdy wyszywany na drutach codzienności szal zaczyna się pruć – schodzi do swego azylu. W schowanej przed światem piwnicy nie znajdzie jej nikt, kto mógłby podważyć znaczenie jej apetytu na miód nostalgii. Skosztowawszy łyżeczkę płynnego lekarstwa przenosi się w nieco inny wymiar swojego doświadczenia. Odtwarza na swej taśmie wspomnień kadry z ziemi zapomnianej, jawiącej się teraz jako obiecana. Powraca do czasów minionych, których przemijania nie uznaje, lecz cicho wierzy w ich wieczne zakorzenienie. Spogląda na pożółkłe fotografie lub kartki, gorycz utraty momentalnie przemieniając w słodycz reminiscencji.

Gdy szarość rozlewa się po obrzeżach „tu i teraz” lub chmury gradowe wyłaniają się na horyzoncie dnia jutrzejszego – w tył zwrot, naprzód marsz. Do piwnicy. Gdy kwaśny smak życia zanadto wykrzywia usta, a ostre nuty absurdu układają się w dysharmoniczny akord – kierunek po ratunek jest znany. W azylu ze słoikiem, schowana za filarem, z albumem starych fotografii trwa w bezruchu. Do wnętrza czaszki zwraca swój wzrok dość obłąkany i zamiera. Wciągnięta w wir poznawczo-emocjonalnych skojarzeń rozpuszcza się w nim bez opamiętania. Echa przeszłości wybrzmiewają donośnie tuż nad jej głową, przechodząc od tonacji durowej do molowej i z powrotem. W zakamarkach kufra pamięci odnajduje opakowane w biały papier doświadczenia. Odpakowuje skarby, jeden po drugim, łakomie chłonąc ich strukturę, zapach, dźwięki i wszelkie przejawy pozornej żywotności. Po obejrzeniu kolejnych pakunków sięga po następną łyżeczkę miodu, chcąc utrwalić błogi stan, gdy czas zostaje bezczelnie oszukany i zapętlony. Tym razem jednak miód smakuje inaczej. Potęguje się doznanie goryczy, a opary trucizny wywołują objawy przedawkowania iluzji… Po wyleczeniu nostalgicznego kaca, piwniczny rytuał powraca.

Nostalgia to zapewne domena wrażliwych. Poetycko ukierunkowanych, kreślących nowe ścieżki znaczeń na mapach ludzkich przeżyć. Lecz złoty medal nostalgii, jak każdy, ma swoją drugą stronę. Całkiem mroczną, kleistą i nieco pokrętną. Związuje ręce i nogi sznurem przywiązania do „kiedyś”. Skraca i rozmywa wzrok, utkwiony w wyperfumowane stop-klatki. Zalepia dziury wspomnień kitem i kiczem marzenia, które nie ma racji bytu w żadnym z możliwych światów. Odwraca uwagę od konieczności postawienia następnego kroku. Knebluje usta watą wzruszenia, zaciska gardło pętlą żalu i poraża świadomość wizją braku nadziei. Zamiast otwierać na przyszłość, stwarza wrażenie utraty świetlanej przeszłości. Karmi obietnicą ukojenia w objęciach tego, co nie wróci, lecz było jakże lepsze, smaczniejsze, prawdziwsze.

O przewrotna konstrukcjo mentalna

Zabarwiona uczuciową przyprawą.

Jakże bywasz w swoich skutkach fatalna,

Gdy się stajesz główną dla ducha strawą.

 

Gdy zapraszasz w swoje zgubne objęcia

I gdy mamisz obietnicą pociechy,

Gdy dostarczasz do fantazji zacięcia,

Lecz pozbawiasz z kroku naprzód uciechy.

 

Zakamarkom niepamięci przywracasz

Smak i zapach dawno już utracony,

Lecz znaczenia potajemnie odwracasz,

choć osładzasz ciężkich dni posmak słony.

 

Z przeszłych chwil tworzysz bańkę mydlaną,

Która pęknąć z hukiem może niebawem.

Pieczesz przeszłość słodkim lukrem oblaną,

Tworząc z życia romantyczną zabawę.

 

O, nostalgio, Ty pokrętna chimero,

Która łudzisz do Arkadii powrotem,

Snów kopalnio i iluzji opero,

Ty odzierasz z „teraz” oraz z „potem”.

 

Gdy czar wspomnień wręcz nadzieję odbiera

Na spełnienie w sferze celów i marzeń,

A żywotność dzień po dniu obumiera –

Czas odwrócić niebezpieczny tor zdarzeń.

 

Walkę stoczyć z nostalgiczną narracją

O znaczenia w biograficznym strumieniu.

Przestać wierzyć jej mirażom, kreacjom

I osadzić się w realnym istnieniu.

_16_0016

foto: Joanna Grochala

Metafizyka pod Centralnym – część druga

Z rozdziawionej gęby wieczornie zapadającej się stolicy zieje lodowata pustka, ubrana w pozory dobrobytu i nowoczesności. Na złotych zębach wielkoformatowych reklam wprawne oko dojrzeć może dość zaawansowaną próchnicę. A siekacze wieżowców usiłują zdominować pagórki mentalnego prowincjonalizmu swoją udawaną potęgą. Odór spalin i pośpiechu przenika do miejskich wnętrzności, powodując skręty stołecznych kiszek. Syczące i wijące się języki ulic wsysają niepostrzeżenie zagubione duszyczki, poszukujące logiki w chaosie życia. Papierowe marionetki przemykają pod betonowymi konstrukcjami, chroniąc w teczkach swój alfabet znaczeń i odznaczeń. Lśniące fury sytych panów w garniturach znaczą szlaki ich wędrówek do „sukcesu”. Uliczne światła tworzą oniryczne aureole, poszukujące swoich świętych nosicieli. Lecz w rankingu osobliwych nakryć głowy wciąż uparcie wygrywają kapelusze ze srebrzystych witryn sklepowych.

Warszawskie sny unoszą się nad kamienicami i apartamentowcami, tworząc dymne kręgi i wiry z niespełnionych marzeń. W cyklonie obcości i próżnych miraży staję w jego oku, obserwując strumień zdarzeń jak taśmę filmową. Po Twym odejściu zagęszczenie miejskiej pustki stało się niemal nieznośne. Topią się, dzień po dniu, woskowe komnaty wspólnych wspomnień, ulatnia zapach tego, co już-nigdy-tutaj. Drzwi do pewnego świata zatrzasnęła konsekwentna kolej rzeczy. Patrzę na miasto, które nie ma mi już nic do powiedzenia. I na zawsze skryło strzępy dawnych znaczeń.

Lecz w ogromie oszklonego betonu tylko pozornie zanika duchowa podszewka istnienia. Krążąc między wysokimi biurowcami, pochylonymi nad przepaścią iluzji, coś nie pozwala mi się stoczyć w tę ziejącą pustkę. Samotność odbita boleśnie od tysięcy luster beznamiętnego wieżowca nie wyzbywa mnie, o dziwo, integralności. Schodząc w przejście podziemne, dworcowe wnętrzności stolicy, wdycham opary pozornego tylko absurdu. Krocząc po betonie, który co dnia wchłania wydzieliny ludzkiej boleści, zmierzam do celu, który przekracza moje wyobrażenia. Przemierzając labirynty dworcowej niejasności być może kroczę po korytarzach własnej twierdzy wewnętrznej. I mimochodem spoglądając w brudną szybę, dostrzegam światło, które zapowiada Więcej.

Lecz nie teraz.

Lecz nie tutaj.

Poczekam.

 

część 1: https://jonnagro.wordpress.com/2016/01/02/metafizyka-pod-centralnym-lub-ciarki-metafizyczne/

wawa2

Tymczasem…

Świadomość tymczasowości wszelkich zdarzeń jest prawdziwym wybawieniem, gdy tunel wydaje się nieskończony. Gdy pustka po stracie przyjmuje kształt czarnej dziury, wchłaniającej sąsiadujące wszechświaty. Gdy rana po amputacji krwawi bezbarwnie, lecz obficie. Nie zostawiając plam na prześcieradle codzienności. O, zbawienna mocy przemijania. Zamykająca każdy dramat i komedię. Definitywnie określająca to, co nieznośnie nieokreślone. Gasząca u kresu wędrówki trudne do wytrzymania pragnienie sensu i głód zrozumienia. Bezkresną przestrzeń ukazujesz, gdy dusi duszę ciasny gorset doświadczenia.

W zamkniętym sześcianie doczesności krążę po kątach lub ślizgam się po przekątnych, wypatrując okna, które kiedyś ma zostać otworzone. Nadzieja na uwolnienie pozwala mi przetrwać nawet gęsty zaduch i dość mroczną atmosferę tego miejsca. To także lekarstwo na poczucie fundamentalnego absurdu i ściskającego za gardło osamotnienia. To perspektywa więźnia, wypatrującego niecierpliwie kolejnego wschodu Słońca, przybliżającego go do zakończenia odsiadki.

Geometria życia zadziwia form wielością i związków licznych obfitością. W tym zbiorze form odnaleźć można różne kształty i faktury doświadczenia. Od szorstkich, przez kłujące, poszarpane, aż po ostre niczym sztylet. I takie, które trwając chwilę krótką, jak meteoryt tworzą krater w centrum duszy. Pociski nieuchronności przelatują tuż nad głowami, czasem trafiając w serca. Gradowe kule kolei rzeczy dziurawią strukturę zwyczajnej codzienności. Grot strzały z łuku nieodwracalności przebija tarczę złudzeń raz, a dobrze.

Lecz za kształtami, fakturami i liczbami,

cudowna obietnica braku granic.

Za lasem śmierci i cierpienia gęstwinami

na horyzoncie trwa wieczności barwny taniec.

Gdy pożar zdarzeń niszczy kokon normalności

A wokół tylko żwir i piach pustyni,

Tam wyczuć można pełnię cichej obecności,

co pustkę – pełnią i brak sensu – sensem czyni.

 

Tam, gdzieś po drugiej stronie muru więziennego,

gdzie radykalnie inny dźwięk i obraz, smak i zapach,

Tam Ty – już wolny od cierpienia fizycznego,

przemierzasz drogi po krainy wiecznej mapach.

Na skraju dróg przystajesz może zadumany,

spoglądasz w sześcian szarej naszej doczesności.

Chcesz pomóc przegnać smutku wiry i tumany,

podzielić się namiastką Twej radości…

 

Gdy okno Twoje uchyliło się raptownie

a głos zza muru wezwał Cię do swego świata,

sześcian wnet zapadł się bezgłośnie, lecz gwałtownie.

Wciąż nie rozumiem, gdzie właściwie jest mój Tata.

 

Lecz wśród pocisków myśli, uczuć w mym sześcianie,

uchwycić mogę spokój błogiej ciszy.

I choć w mym wnętrzu czarna dziura pozostanie,

mój cichy głos za murem także dobrze słyszysz.

 

(Tymczasem, Tato…)

Wpływ dożylny

Wpływ. Słowo o wodnistej, a nawet całkiem rozmytej konsystencji i konotacji. Kojarzyć się może z przypływem i odpływem, a także dopływem, spływem i upływem, chociażby czasu. Bo rzecz się o czas właśnie rozbija, jak gwałtowne fale o ścianę klifu na romantycznym obrazie. W rzeczy tej jednak trudno doszukać się znamion romantyzmu. Lecz zaraz. Co wpływ może wspólnego mieć z czasem? Wystarczy nieco głębsze spojrzenie do wnętrza ludzkiego ego, by dostrzec tajemnicze pragnienie, uruchamiające arcyludzki potencjał. Pragnienie wpływu właśnie. Wpływu na siebie, na świat zewnętrzny, a nawet świat transcendentny. No i oczywiście na czas. Któż nie marzy o dołożeniu choćby minuty do zanikającego życia? Do oparcia się niewygodnej entropii, która tak namacalnie z czasem koresponduje? Kto nie pragnie wiekuistej sławy lub rozciągnięcia czasu w skurczonym odcinku swojego życia? Kto nie czuje cierni zawodu gdzieś między żebrami, gdy perspektywa radykalnie się kurczy, a wachlarz możliwości działania nadgryziony zostaje zębem czasu?

Słowo „wpływ” można także skojarzyć z dożylnym wlewem. Wręcz kroplówką życiodajną lub wenflonem, łączącym świat zewnętrzny z moim światem. Kim jestem, gdy nie czuję wpływu na swe życie? Czy właściwie stan ten można jeszcze nazwać życiem? Wlew wpływu pobudza znacząco krążenie i rozszerza zwężone żyły możliwości. Uzdrawia krwioobieg, podnosi ciśnienie i mobilizuje mięśnie decyzyjności. Swoje źródło odnajduje w ludzkiej wolności, której odcięcie szybciej uśmierca ego niż brak tlenu.

Lecz co dzieje się, gdy wpływu wciąż zbyt mało? Gdy fabuła życia zda się pędzić swoim torem. Co, gdy cierpi ktoś najbliższy bez pytania? I zarasta pole wpływu chwastów gęstwiną. Co gdy tunel, którym idziesz wciąż bardziej mroczny się zdaje, a orientacja w terenie w mgliste zagubienie się przeradza? Jak się czujesz, gdy wartość ci droga pod obcych wojsk nagle staje ostrzałem? Co robisz, gdy misterna twa konstrukcja z głośnym hukiem się rozbija o podłogę, a szkic obrazu, który tworzysz zalewa maź niepewności? Gdzie jesteś, gdy idąc po ścieżce utartej nagle czujesz, że już nie wiesz dokąd zmierzasz? Gdy dostrzegasz, że swą wizją i intencją cel omijasz i już trafić nie potrafisz. Ilu guzów na twej głowie twarda ściana braku wpływu stała się przyczyną? Jak budować dom bezpieczny z własnych celów, skoro cegły mogą wnet się w proch rozsypać?

Z poczuciem braku wpływu można doznać przypływu myśli niewygodnych. Emocji nieoswojonych i nieuczesanych. Skłębionych i przypalonych. Dylematów nierozstrzygalnych. Wniosków niepożądanych brak wpływu potęgujących. Można też doznać odpływu. Jasności i kotwic znaczenia. A wytrącenie z naturalnego nastawienia w konfrontacji z prawdą bez znieczulenia może co najmniej osłabić. I szytą przez lata oczywistość rozpruć w oka mgnieniu bez litości. Tu wpływ z upływem czasu stają do nierównej walki.

Na co więc naprawdę możesz wpłynąć?

A co głosi, że się sobą zajmie samo?

Jak ocean bezradności swej przepłynąć?

Co dla wpływu stało się zbyt twardą tamą?

Jak pokonać melancholię niespełnienia?

I jak dumę swoją schować do kieszeni?

Czy nie zwodzą cię o wpływie twym marzenia,

skoro trudno dotrzeć do wpływu korzeni?

Jak uporać się z niemocy gorzkim smakiem

i pokochać tę melodię niepewności?

Jak, nie-mogąc, nie stać się życiowym wrakiem

i nie stracić resztek niewinnej radości?

Akceptacja granic daje ukojenie

w tej chorobie zwanej butą oraz pychą

To, co daje trwogi serca uzdrowienie

Wpływa z mocą wraz z melodią wiary cichą…

Wssstyd

Przysiadł skulony w rogu pokoju bez drzwi, bez okien, bez właściwości.

Siedział przez lata z głową spuszczoną, bez krzty nadziei, wiary, radości.

Osiwieć zdążył w swojej samotni i zmysłów bystrość tracił powoli.

W dół wciąż wpatrzony, nie zauważył, że sam się trzyma w stanie niewoli.

Gdyby na moment swą głowę podniósł, dostrzegł by wyjście z tego więzienia.

Lecz póki kuli się w swoim wstydzie – nic go nie czeka, nic się nie zmienia.

Zdrętwiałe ciało, bezwładna dusza w dusznym pokoju cierpią katusze.

Czy jest ratunek w takim cierpieniu? Czy ktoś ocali tę biedną duszę?

Wnet ktoś otwiera drzwi do pokoju. Rozrzedza mroki swoim pytaniem.

Co tę skuloną duszę poruszy? I jakie przed nią staje zadanie?

 

Wstyd. Szuka mroku, bo tylko tam może wywierać wrażenie. Postać ma sypką lub płynną, nie do końca uchwytną. Jego ziarenka dostają się pod powieki i nie chcą dać się wypłukać. A pulsujące strumienie lub rwące wstydu potoki potrafią zburzyć krew w żyłach. Wymykający się definicjom, choć tak do bólu konkretny. Szkarłatno – purpurowy lub trupio blady. Nerwowo bębniący o parapet świadomości lub przeraźliwie milczący.

Pocisk z procy szyderstwa lub oskarżenia wycelowany w jądro świadomości. Jego świst ogłusza, a pęd wprawia w wibrację dotąd stabilną konstrukcję. Narastające drętwienie, łaskotanie lub swędzenie wędruje tajemniczo pod skórą. Ognisty strumień poniżenia przemieszcza się między sercem, a nerkami. Szyderstwo kłuje w gardło, zaciska szczękę, napina mięśnie karku. Wyrzut adrenaliny splata się w szaleńczym tańcu z wyrzutem sumienia. Purpura samooskarżenia i żalu ląduje na bezbronnie odsłoniętych policzkach. Wytrącone z codziennej homeostazy poczucie wartości chwieje się nad przepaścią, powodując drżenie rąk lub miękkość kolan. Wokół tchawicy i żołądka zaciska się ciasno krytyczna pętla, powodując nudności. Wyprostowane ego w mgnieniu oka staje się wklęsłe, a po wewnętrznych komnatach niesie się echem głos: „Winny!”.

Wstydliwa symfonia znana jest dobrze każdemu, choć różne mieć może odsłony.  Wysoko wrażliwi symfonię tę znają zbyt dobrze. Wystająca z gorsetu słabość narażona na bezlitosny atak, jak padlina przyciąga głodne hieny. Miękki brzuszek, brak pewności, nieporadność to doprawdy smaczny dla nich kąsek. Tam, gdzie odsłaniasz swą wyższą wrażliwość, możesz pośród pachnących kwiatów empatii odnaleźć też ostre chwasty szyderstwa i eskalującej agresji.

By uniknąć tej kondycji można ubrać zbroję. Wejść w konwencję, która z siłą się kojarzy. Uzbrojenie w codzienności nosi bowiem nazwę normalności i kojarzy się z psychiczną równowagą. Nałożona na twarz maska roli, pokryta pudrem kompetencji i pewności, ma należycie pełnić swoją funkcję, chroniąc ego. W tym kokonie można poczuć się bezpiecznie, przewidywalnie, za granicą niespójności. I choć natura ludzka tak nieznośnie jest sprzeczności pełna, choć pewność wnet obrócić może się w chaosu chmurę, to tak trudno akceptować tę niespójność i pokochać w sobie ową czarną dziurę. Ta dziura wsysa perfekcjonizm wszelkiej maści. Odziera ego z twardych masek, sztywnej roli. I ukazuje autentyczność wrażliwości, co w konfrontacji z ludzkim światem często boli.

Jedną z form ucieczki od własnego wstydu jest wprowadzanie w zawstydzenie drugiego. Mniej lub bardziej subtelnie. Im większa własna frustracja, tym bardziej bolesny cios w miękki brzuszek swojego bliźniego. To przejaw własnej niezaakceptowanej bezsilności i chęć jej poskromienia, gdy tak jaskrawo wyłania się z chaosu czyjegoś życia. Objaw bojaźni i drżenia przed niespójnością i wyjściem poza sferę oczywistości. Paląca furia wobec własnej wrażliwości, która słabością i dziwactwem jest nazwana.

Na tym tle jako prawdziwy heroizm jawić się może postawa wręcz przeciwna. Świadcząca o sile i odwadze, także w przestrzeni niepewności i ryzyka. To postawa wspierającego towarzysza, który widząc słabość innego, dyskretnie odwraca jego wzrok od własnego niedomagania. Kieruje reflektor uwagi na jego godność, podtrzymując jego kulejącą wartość. Jak by rzekł Levinas i Tischner, ratuje jego twarz i człowieczeństwo, poważnie traktując polecenie: „Nie zabijaj”. Pytając: „Jak ci mogę pomóc? Jestem z tobą”.

 

Gdy wchłoniesz raz toksynę zawstydzenia, która przez żyły do twej tożsamości wpływa,

doświadczyć możesz swej wartości zagubienia, co przez kolejne lata życia się odzywa.

Gdy twa wrażliwość stanie się zbędnym ciężarem dla niechętnego wrażliwości otoczenia,

doświadczyć możesz słonych smaków samotności, kwasu ironii i goryczy odrzucenia.

Lecz gdy na nowo na wrażliwość swoją spojrzysz i wartość bycia sobą tam odkryjesz,

wstydu toksyna może z wnętrza się wypłukać, poczujesz wreszcie, że znów pełnią życia żyjesz.

 

Tekst zainspirowany wystąpieniami Brene Brown, która pisze i mówi o tym, co ważne: https://brenebrown.com/