Moja refleksja o trzech częściach „Dziuni” – powieści autorstwa Anny Marii Nowakowskiej

Proces czytania trzech części powieści „Dziunia” wciąga do tego stopnia, że nawet przyzwyczajony jedynie do powierzchownej lektury czytelnik wpadnie w wir opisu świata Narratorki – Dziuni. Świata mrocznego, przepełnionego emocjami i sytuacjami, o których się zwykle nie mówi. Bo to przecież nawet nie wypada. Bo to zbyt kolczaste, uwierające, doskwierające… Czy to jest ludzkie w ogóle? A i owszem…

Jest tu moc. Moc prawdy, ostrze języka, które przecina zaskorupiałe, obłudne konwencje. Laser kruszący skamieliny zakłamania społecznego. Światło, które wydobywa na powierzchnię to, co w ukryciu pozostać już nie może.

Wejście w ten świat wymaga odwagi. Odważna jest Autorka, która przygląda się najtrudniejszym aspektom ludzkiej natury, potrafiąc groteskowo ukazać to, od czego włos się jeży na głowie i co się w głowie wręcz nie mieści. Odważny jest czytelnik, który w opisywanych postaciach może odnaleźć niewygodną prawdę na swój temat, a mimo to wytrwale czyta dalej. I oderwać się nie może.

Żaden z opisanych etapów życia Bohaterki nie jest sielanką lub choćby rutynową egzystencją. Każdy jest walką. I chyba dramatyzm tej walki, ubrany w kostium groteski, jest nicią przewodnią wszystkich „Dziuń”. Oryginalna, wymykająca się wszelkim konwencjom narracja Autorki nie pozostawia nikogo obojętnym. Zwraca uwagę genialny zmysł obserwacji Autorki i wrażliwość na niuanse rzeczywistości oraz tajemnice egzystencjalne. W opisie znajdujemy celne, a przy tym niezwykle komiczne, choć gorzkie opisy zawiłości ludzkich relacji i wyborów. Pod cukierkowymi okładkami trzech części powieści znajduje się cała paleta smaków, barw i tonów w zupełnie niezwykłym świecie przedstawionym. Świecie odważnej Dziuni, która nie ma pojęcia o swojej odwadze.

(foto: Krzysztof Nowakowski http://www.novakovsky.com/portfolio/ )

foto_Dziunie

Reklamy

Głos z wysoka

Opuszczając swój zakątek para-domowy przechodziłam spokojną na pozór uliczką, z ufnością kierując się w stronę pętli tramwajowej i jednocześnie czasowej… Spokojny majowy dzień zapraszał na kolejne otwarcie szans i możliwości codziennego spełnienia w małych sprawach. Śpiew ptaka i monotonny szum miasta nastrajały nastrój na tonację durową, bez niepotrzebnej mollowej nostalgii. Nawet mój system alarmowy odpuścił sobie nerwicowe czuj-czuwanie, adaptując się do rytmu kroków. Miasto kultury, studentów i korporacji otwierało swoje podwoje. Welcome to…

Nagle, kilka metrów przed sobą, zobaczyłam brąz tłuczonego szkła – pamiątki po czymś zgoła nie-spokojnym. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, gdyż miejskie przestrzenie pełne są tłuczonego szkła zmieszanego z potłuczonymi marzeniami i roztrzaskanymi nadziejami. Sekundy później usłyszałam jednak głos z wyżyn, wybijający z naturalnego nastawienia: „uciekaj dziewczyno, bo się zaraz na ciebie wyrzygam”. Nie był to raczej głos anielski, mimo, że z tak wysoka dobiegał. Choć nic nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać…  Spojrzałam w górę na balkon, z którego wystawały długie włosy, zapewne właścicielki głosu z wysoka. W stanie ogólnym niewiadomym. Bez odbioru.

Instynktownie, bez zbędnych refleksji, postanowiłam przejść na drugą stronę ulicy, aby niechcący nie narazić się na aktualizację groźnie brzmiącego proroctwa. Lub też nie dostać butelką w głowę, którą to katastroficzną wizję spotęgował wspomniany brąz na chodniku. Rozejrzałam się przytomnie, tym bardziej, iż tuż zza zakrętu mógł w każdej chwili się wyłonić beztrosko, a szybko sunący pojazd. System alarmowy natrętnie zapiszczał: pii, pii, pii. Pijana na horyzoncie. Attention. wzmożony tryb czuwania włączony. Kroki posłuszne komendom. W lewo zwrot. Naprzód marsz.

Z góry dobiegły mnie kolejne niemetafizyczne okrzyki: „uważaj, żeby cię samochód nie pier…”. Troskliwość nietrzeźwego anioła mogłaby być doprawdy wzruszająca, gdyby nie to, że była wręcz rozjuszająca. A także całkiem odrażająca i krew mrożąca. Gdy znalazłam się poza sferą potencjalnego rzygu, raźno idąc przed siebie i ignorując osobę prowokatorki, usłyszałam jeszcze te oto słowa: „no, sorry, studenci tak mają.”

O, drogie miasto kultury, studentów i korporacji. Kto nie ćpa, nie pali, nie pije, ten bytu tu nie ma wręcz racji. Wierząc w studencką życzliwość i zmysł solidarnej wspólnoty, można się łatwo wpakować w całkiem śmierdzące kłopoty. Studenckiej braci zabawy ludzie od setek lat znają. A gdy ktoś straci twarz czasem – sorry, studenci tak mają.

Po-słowie

Zaledwie milimetr od prawdy rosną chwasty obłudy i nieprawości. Jedno „tak” lub „nie” wystarczy by zdecydować o całej wieczności. Często nieświadomie. Gdybyśmy ujrzeli domino konsekwencji jednego naszego słowa, zamilklibyśmy na wieki z trwogi i oszołomienia.

Wraz z biegunką słowną uciekają elektrolity rozumu i hektolitry czujności. Wyswobodzony ze znaczeń język wylewa się na chodnik codzienności tworząc brunatne, maziste kałuże. Redukująca napięcie paplanina z minuty na minutę przeistacza się w karykaturę ludzkiej mowy. Zgłoski imitujące zdania potykają się o swoją bezsensowność i ulatują jak kamfora. Słowa wyzwolone z ucisku prawdziwości i odpowiedzialności tworzą niezliczone mozaiki zdań bez pokrycia. Czczy bełkot zabija spokój i skupienie, zamazuje horyzont sensów, rani duszę. Smród pustosłowia powoduje mdłości umysłu.

Przemieszczając się po miejskiej przestrzeni słowa przelatują nad moją głową szybko i gwałtownie. Im bardziej pozbawione znaczenia tym bardziej ekspresyjnie i kategorycznie wyrażone. Jak pociski armatnie. Fragmenty dialogów zawieszonych w mentalnej próżni opadają na me ramiona jak jesienne liście, przykuwając na moment uwagę. I choć ich egzystencja trwa chwil parę, konsekwencje rozciągają się poza horyzont tego miasta.

Słowa – pyszałki, słowa – opałki, słowa – perełki, słowa – pudelki, słowa z ołowiu i słowa – dziury. Słowa – pociski, słowa – komety, słowa soczyste i słowa – rury. Zdania zabójcze, zdania głaszczące, zdania pokrętne, zdania jęczące. Mowa ognista, mowa jałowa, mowa wilgotna i mowa – trawa. Język wężowy, język spiczasty, język mydlany, język gąbczasty. Głosy tubalne, głosy namolne, głosy skrzekliwe, głosy swawolne. Myśli dowolne, myśli przewrotne, myśli skłębione, myśli markotne. I gdy przesiąknę miasta językiem oblepiającym jak deszcz ze śniegiem, mogę jedynie schować się w sobie lub jak najdalej uciec stąd biegiem. I póki cisza, wokół milczenie i umysł z dala od bombardowań, to także dusza jest spokojniejsza, gdy w wyciszonym ciele się chowa.

Po co te słowa, po co te mowy, po co ten język bezwartościowy? Niejedno słowo sens swój straciło nim jeszcze wyszło z bezmyślnej głowy. Odpowiedzialny bądź za swe słowa. Nie rań i nie sądź, zamilknij lepiej. Bo gdy pewnego dnia słowo wróci swym ostrzem najpierw ukłuje ciebie.

W więzieniu wolnej woli

Wolna wola umożliwia samozagładę. Coś za coś. Skazani na wybór nie będziemy mogli się tłumaczyć determinizmem. Wrzuceni w wolność będziemy odpowiadać również za to, że samych siebie uwięziliśmy. Że w wybór nie uwierzyliśmy,

Można nie czuć ani odrobiny wdzięczności za życie, jakie się w darze otrzymało. W zamian za to dźwigać kilogramy roszczeń, trwonić hektolitry łez żalu lub uciekać w pusty do kwadratu śmiech nihilisty, którego echo budzi jedynie zażenowanie. Można przeżyć dziesiąt i więcej lat w przekonaniu, że życie polega na napełnianiu żołądka, zaspokajaniu potrzeby uwagi i podziwu, no i może jeszcze na unikaniu niewygodnych osób i tematów. Nijak się to ma niestety do stadium transcendentalnego w rozwoju, o czym zwykli rozprawiać idealistycznie nastawieni andragodzy.

Można żyć z dnia na dzień, noc za nocą, czekając na nic. Od czasu do czasu drapiąc się po swędzącym ego, którego apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie zauważając żadnych oznak wewnętrznej fermentacji. Nie czując potrzeby Wielkiej Odmiany. Przyzwyczajając się do życia po coś bliżej nieokreślonego. Unikając stawiania sobie ryzykownych, potencjalnie rewolucyjnych pytań. Schnąc.

Błądząc po labiryncie wspomnień można wybierać tylko te barwne momenty, gdy stało się w świetle czyjegoś podziwu lub przeciwnie – tylko te, w których to „oni” pokazali swoje parszywe oblicze i stali się winowajcami. Można kręcić się wokół tych samych wątków biografii, niczym w karuzeli, która z każdym kolejnym okrążeniem powoduje coraz większe mdłości. Wymiotować żółcią nieprzebaczenia i frustracji, żądając bezwzględnej akceptacji i wiecznie powtarzanej miłosiernej reakcji ze strony umęczonego otoczenia.

Można folgować swojemu podniebieniu, wierząc, że może wreszcie następny kęs będzie tym prawdziwym spełnieniem, tym mistrzostwem doznania, które zagłuszy przeciągłe buczenie rozregulowanego odbiornika. Można przeglądać się w lustrze czyjegoś nieszczęścia lub szukać potwierdzenia dla swoich nieco nagannych nawyków w nieco nagannym towarzystwie. Można uwiesić kamień swoich żalów i niespełnionych marzeń na czyjejś szyi, jednocześnie zawieszając odpowiedzialność za siebie samego. Można drwić z tych, którzy nieco poważniej zwykli podchodzić do tego, co nazywa się życiem. A ostrzem tym ranić na oślep bezmyślnie i tępo.

Można być osobą uznającą się za inteligentną, dowcipną, obytą, a nawet wrażliwą. I pozostać w zaślepieniu i nastawieniu na czubek własnego nosa, doprowadzając do absurdu swój egocentryzm. Można leżeć na wersalce latami, wpatrując się w tasiemcowe intrygi i nie wiedząc co dzieje się na sąsiedniej ulicy. Karmić się plotkami na temat bardziej przez los pokrzywdzonych lub świecących odbitym światłem na celebryckiej ściance. Można także do poduszki zagłębiać się w lekturę swoich złych wyników glukozy i żołądka, z rozkoszą zajadając się ciastem z kremem. Można zasnąć podczas serialowej przerwy na życie prawdziwe i zaspać na pociąg do głębi siebie.

Wszystko to można w imię wolnej woli. I można jeszcze dużo więcej. Dar wolnej woli bywa, proszę Państwa, cholernie niebezpieczny.

Bio koktajl

W biograficznym koktajlu ziarna wspomnień przysypane są pudrem cukru. Pestki faktów rozgryzane uparcie i skrycie przez zęby interpretacji. Listki wrażeń zanurzone w oliwie niepamięci miękną i tracą spoistość. Płatki marzeń opadają na dno, tworząc dywan dla miękkiego lądowania.

Gorycz grzechu. Podlewana wytrwale i cicho płynnym miodem usprawiedliwienia. Cierpki smak porażki. Układa się pod pierzyną bitej śmietany. Kwasek zazdrości i dumy. Znika po dodaniu szczypty kardamonu. A zbyt słodką nutę pychy przykrywa skromność cynamonu. Wytrawny smak sukcesu. Tonowany łatwą nutą mięty. Orientalny smak wtajemniczenia. Oprószony niewinnością jabłka z sadu. Pikantny odcień pożądań gaśnie w ogniu prostoty chleba i wina.

Bukiet smakowy rozwija szczypta soli doświadczenia. Garść goździków wyobraźni pobudza kubki smakowe. Mrożone owoce radości zabarwiają koktajl swoim wdziękiem. Zielenina nadziei i wiary dostarcza niezbędnych pierwiastków. Wiórki zrozumienia oprószają miękko skamieliny nieprzebaczenia.

…bywa, że twarde łupiny oskarżeń bombardują szklany puchar, tworząc rysy…

Orzeźwiający nektar lub gorzki syrop wypływa z głębin miąższu pamięci. Zapach jaśminu lub czosnku unosi się nad jeziorem niepamięci. W koktajlu tysiące składników, konfiguracji, połączeń. A w jego wnętrzu zawsze twardy orzech sensu do zgryzienia.

Zmieszany zapach kwiatów dobra i zła przenika miksturę… do samego dna.

neuro tik-tak

Trochę za bardzo nerwowy. Układ. Nie do końca scalony. Nieco nadwątlony, często zmęczony i zamącony. Zanim pojawia się bodziec, już silnie nań reaguje. Zanim przyczyna powstanie, już skutek jej wykreuje. I wciąż uparcie kontroluje lub kontrolować usiłuje. Powieści wielowaria(n)towe snuje.

Autostradą neuronalną pomykają jeden za drugim. Przyspieszają, skręcają, gwałtownie hamują, w poślizg wpadają, wirują, wirują, opadają… Neurony moje nieujarzmione, nerwicowo napędzone. Hej, kto im dał prawo jazdy, do cholery?

Co to za talent wątpliwy do snucia mrocznych zakończeń? Czy to ten układ wadliwy – kolebka wadliwych połączeń? Po co ten zgiełk i niepokój? Po co wysokie napięcie? Chyba wypadłam z pojazdu na neuronalnym zakręcie.

Inni pukają się w czoła, kryjące ich autostrady. Nie rozumieją tej dziwnej neuro-maskarady. Wydziwiasz – mówią – przesadzasz, rozluźnij się, przestań, wyhamuj. Na autostradzie rozsądku wszystko w porządku, tu – chaos.

Dzień dobry, na imię mi Inność, mą przyjaciółką – Nerwica… Pod autostradą chaosu jest jednak tajemna piwnica. Emocji tam nie uraczysz, ni neuronalnych powieści. Tam autonomia ducha i błogi spokój się mieści. Oaza to niewątpliwa pośród męczącej wyprawy. Może ten układ wadliwy obędzie się bez naprawy?

Międzygalaktyczna przestrzeń paradoksów

Wszechświat mieszczący w sobie skończoną liczbę galaktyk. Chmura białego, a gdzieniegdzie szarawego pyłu, w której kryją się czarne dziury. Nie pochłaniają one do końca światła galaktyk, lecz stwarzają wyborną okazję do rozstania się ze światłem raz na zawsze. Wszechświat tętniący za dnia powszedniego kakofonią dźwięków – zamiera w ciszy, gdy noc cicha nadchodzi.

Zastygła w oczekiwaniu, wysunięta ku przyszłości, tej najbliższej i tej dalszej, sylwetka starszego mężczyzny. Siedzącego na swym łóżku, które staje się centrum jego własnego wszechświata. Wraz z sąsiadującą szafką, mieszczącą wszystkie jego skarby potrzebne tu i teraz. Sylwetka wyłania się z półmroku, falując między światłem, a ciemnością, między wnętrzem, a zewnętrzem. Szuka swojego miejsca, niepewna swojego status quo i celu na najbliższą przyszłość. Sylwetka ta zarysowuje granice galaktyki, która widziana z oddali przypomina powtarzalny schemat, łudzi obserwatora. Galaktyka błyszczy swym wewnętrznym światłem, o czym świadczy blask oczu siedzącego mężczyzny.

Na drugim łóżku swoje granice zarysowała inna galaktyka, uformowana inaczej, inaczej rozświetlona, podobnie zamknięta w sobie. Czy jest możliwy międzygalaktyczny kontakt w szpitalnej, cuchnącej detergentami i moczem sali? Czy rozgwieżdżone niebiosa ludzkich wnętrz mogą naprawdę rozświetlić samo wnętrze czarnej dziury? Czy w blasku oczu sąsiada z łóżka obok można rozpoznać nieskończone bogactwo jego wnętrza, gdy tamten leży pod kroplówką, sączącą krople życia w jego żyły? Czy wieczna i nieskończona dusza może się objawić w zdeformowanym, uzależnionym od wenflonu i tabletek nędznym ciele, przewracającym się na skrzypiącym łóżku w ciągłym oczekiwaniu? Ile gramów duszy ubywa z chwilą amputacji palca stopy, a może całej nogi? Ile hektolitrów upokorzenia musi wypić człowiek wraz z zimną herbatą do obiadu i łzami, które połyka w ciemności? Kiedy kończy się wstyd, a zaczyna oczywistość, gdy trzeba przy współlokatorach oddać do kaczki mocz? Gdzie leży granica współczucia, poza którą znajduje się już tylko obojętność? Skąd czerpie siłę pochylony człowiek, który rytmicznie, dzień w dzień, wychodzi na spacer po szpitalnym korytarzu, opierając się na balkoniku? Co czuje młody człowiek w pełni sił nagle złożony chorobą, przyparty do muru i obezwładniony przez siłę potężniejszą niż jego ambicje? Gdzie drogowskazy, znaki „stop” i ograniczenia cierpienia w tym wielkim szpitalnym wszechświecie?

Tymczasem zastygła sylwetka mężczyzny obrała kierunek – spoczęła na skrzypiącym łóżku pod szorstkim kocem, pod wpływem senności, pod gwiazdą swą własną. Słychać tylko rytmiczny śpiew ciśnieniomierza i pochrapywanie sąsiada.

Zastanawiam się, jak Jezus by się czuł na oddziale kardiologicznym. Czy przechodziłby między łóżkami, podając szklankę wody, poprawiając kroplówki i nauczając Dobrej Nowiny? Zapewne niejednemu przywróciłby nadzieję i radość, a pewnie niejednego by zirytował. Wierzę, że w tej białej ciszy wypełnionej detergentową mgłą i ludzkim cierpieniem, Pan przechadza się nader często, bierze za rękę samotnego, prostuje sylwetkę zgarbionego, uśmierza ból biodra i pokłutej ręki. Niepostrzeżenie, dyskretnie, bezinteresownie i najdelikatniej. Rysuje uśmiech na zmęczonej twarzy i mąci wodę, gdy blask oczu zbyt zmętniały. Przywraca nadzieję pośród rozpaczy bezsennej nocy i płata figle znudzonej i kostniejącej duszy. Daje uśmiech zdruzgotanemu choremu i niesie pokój zapiekłym i zazdrosnym. Obmywa nogi brudnemu i zarośniętemu, przypomina o sobie pyszałkowi i narcyzowi. Jest tam obecny nawet bardziej niż w beztrosce młodego. Pochyla się nad cierpieniem, ukazując jak je przyjmować i nie tracić wewnątrzgalaktycznego światła. Nawet w niezbyt higienicznej łazience, wypełnionej słojami moczu, obecny jest przy cierpiącym, pomagając mu z humorem spojrzeć na ten obrzydliwy stan rzeczy.

Przestrzeń paradoksów. Między „a”, a „z” tyle odcieni. Od awersji, wstrętu i buntu, przez lęk i rozpacz, po wzruszenie i tkliwość. Wszelkie odcienie emocji i myśli niesie w sobie poruszanie się po szpitalnej orbicie…