Tempus fugit

Skoro w głowie tyle wizji, skoro tyle przewidywań

Nic dziwnego, że się pruje imaginacyjny dywan

Oczekiwań i nastawień nici, ściegi, łaty, wzory

Po nich tylko pozostanie pył i zaciągnięte story

 

Po co pleść warkocze marzeń skoro jutra nie ma wcale

Po co troski skoro „teraz” ledwo jest nam w pełni dane

Nim pomyślisz o tej chwili, która teraz trwa rzekomo

Ona skryje się płochliwie pod powierzchnią, za zasłoną

 

Tyle czasu zatracono w snuciu barwnych scenariuszy

Na nic to, każda iluzja z czasem całkiem się wykruszy

Mędrca oko nie dosięga tajemnicy czasowości

Pozostaje ci jedynie przepięknie czas swój ugościć

re-akcja

Ścierana na proch tożsamość

skurczona w wymuszonej pokorze

przebudzi się dnia pewnego o świcie

bezszelestnie

niespodziewanie

nieproszona

Crescendo jej ryku zabrzmi echem w całej krainie

tyranii, ucisku i masek

Od lat napinana struna pęknie z potężnym hukiem

rozrywając kajdany wstydu i uniżenia

Kamyczek uderzający w taflę stłumionej wody

utworzy nieskończone kręgi konsekwencji

na jej uciśnionym obliczu

Gdy jedna kropla goryczy przeleje czarę milczenia

z dna jestestwa dobędzie się głos prawdziwy

W więzieniu wolnej woli

Wolna wola umożliwia samozagładę. Coś za coś. Skazani na wybór nie będziemy mogli się tłumaczyć determinizmem. Wrzuceni w wolność będziemy odpowiadać również za to, że samych siebie uwięziliśmy. Że w wybór nie uwierzyliśmy,

Można nie czuć ani odrobiny wdzięczności za życie, jakie się w darze otrzymało. W zamian za to dźwigać kilogramy roszczeń, trwonić hektolitry łez żalu lub uciekać w pusty do kwadratu śmiech nihilisty, którego echo budzi jedynie zażenowanie. Można przeżyć dziesiąt i więcej lat w przekonaniu, że życie polega na napełnianiu żołądka, zaspokajaniu potrzeby uwagi i podziwu, no i może jeszcze na unikaniu niewygodnych osób i tematów. Nijak się to ma niestety do stadium transcendentalnego w rozwoju, o czym zwykli rozprawiać idealistycznie nastawieni andragodzy.

Można żyć z dnia na dzień, noc za nocą, czekając na nic. Od czasu do czasu drapiąc się po swędzącym ego, którego apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie zauważając żadnych oznak wewnętrznej fermentacji. Nie czując potrzeby Wielkiej Odmiany. Przyzwyczajając się do życia po coś bliżej nieokreślonego. Unikając stawiania sobie ryzykownych, potencjalnie rewolucyjnych pytań. Schnąc.

Błądząc po labiryncie wspomnień można wybierać tylko te barwne momenty, gdy stało się w świetle czyjegoś podziwu lub przeciwnie – tylko te, w których to „oni” pokazali swoje parszywe oblicze i stali się winowajcami. Można kręcić się wokół tych samych wątków biografii, niczym w karuzeli, która z każdym kolejnym okrążeniem powoduje coraz większe mdłości. Wymiotować żółcią nieprzebaczenia i frustracji, żądając bezwzględnej akceptacji i wiecznie powtarzanej miłosiernej reakcji ze strony umęczonego otoczenia.

Można folgować swojemu podniebieniu, wierząc, że może wreszcie następny kęs będzie tym prawdziwym spełnieniem, tym mistrzostwem doznania, które zagłuszy przeciągłe buczenie rozregulowanego odbiornika. Można przeglądać się w lustrze czyjegoś nieszczęścia lub szukać potwierdzenia dla swoich nieco nagannych nawyków w nieco nagannym towarzystwie. Można uwiesić kamień swoich żalów i niespełnionych marzeń na czyjejś szyi, jednocześnie zawieszając odpowiedzialność za siebie samego. Można drwić z tych, którzy nieco poważniej zwykli podchodzić do tego, co nazywa się życiem. A ostrzem tym ranić na oślep bezmyślnie i tępo.

Można być osobą uznającą się za inteligentną, dowcipną, obytą, a nawet wrażliwą. I pozostać w zaślepieniu i nastawieniu na czubek własnego nosa, doprowadzając do absurdu swój egocentryzm. Można leżeć na wersalce latami, wpatrując się w tasiemcowe intrygi i nie wiedząc co dzieje się na sąsiedniej ulicy. Karmić się plotkami na temat bardziej przez los pokrzywdzonych lub świecących odbitym światłem na celebryckiej ściance. Można także do poduszki zagłębiać się w lekturę swoich złych wyników glukozy i żołądka, z rozkoszą zajadając się ciastem z kremem. Można zasnąć podczas serialowej przerwy na życie prawdziwe i zaspać na pociąg do głębi siebie.

Wszystko to można w imię wolnej woli. I można jeszcze dużo więcej. Dar wolnej woli bywa, proszę Państwa, cholernie niebezpieczny.

Bio koktajl

W biograficznym koktajlu ziarna wspomnień przysypane są pudrem cukru. Pestki faktów rozgryzane uparcie i skrycie przez zęby interpretacji. Listki wrażeń zanurzone w oliwie niepamięci miękną i tracą spoistość. Płatki marzeń opadają na dno, tworząc dywan dla miękkiego lądowania.

Gorycz grzechu. Podlewana wytrwale i cicho płynnym miodem usprawiedliwienia. Cierpki smak porażki. Układa się pod pierzyną bitej śmietany. Kwasek zazdrości i dumy. Znika po dodaniu szczypty kardamonu. A zbyt słodką nutę pychy przykrywa skromność cynamonu. Wytrawny smak sukcesu. Tonowany łatwą nutą mięty. Orientalny smak wtajemniczenia. Oprószony niewinnością jabłka z sadu. Pikantny odcień pożądań gaśnie w ogniu prostoty chleba i wina.

Bukiet smakowy rozwija szczypta soli doświadczenia. Garść goździków wyobraźni pobudza kubki smakowe. Mrożone owoce radości zabarwiają koktajl swoim wdziękiem. Zielenina nadziei i wiary dostarcza niezbędnych pierwiastków. Wiórki zrozumienia oprószają miękko skamieliny nieprzebaczenia.

…bywa, że twarde łupiny oskarżeń bombardują szklany puchar, tworząc rysy…

Orzeźwiający nektar lub gorzki syrop wypływa z głębin miąższu pamięci. Zapach jaśminu lub czosnku unosi się nad jeziorem niepamięci. W koktajlu tysiące składników, konfiguracji, połączeń. A w jego wnętrzu zawsze twardy orzech sensu do zgryzienia.

Zmieszany zapach kwiatów dobra i zła przenika miksturę… do samego dna.

neuro tik-tak

Trochę za bardzo nerwowy. Układ. Nie do końca scalony. Nieco nadwątlony, często zmęczony i zamącony. Zanim pojawia się bodziec, już silnie nań reaguje. Zanim przyczyna powstanie, już skutek jej wykreuje. I wciąż uparcie kontroluje lub kontrolować usiłuje. Powieści wielowaria(n)towe snuje.

Autostradą neuronalną pomykają jeden za drugim. Przyspieszają, skręcają, gwałtownie hamują, w poślizg wpadają, wirują, wirują, opadają… Neurony moje nieujarzmione, nerwicowo napędzone. Hej, kto im dał prawo jazdy, do cholery?

Co to za talent wątpliwy do snucia mrocznych zakończeń? Czy to ten układ wadliwy – kolebka wadliwych połączeń? Po co ten zgiełk i niepokój? Po co wysokie napięcie? Chyba wypadłam z pojazdu na neuronalnym zakręcie.

Inni pukają się w czoła, kryjące ich autostrady. Nie rozumieją tej dziwnej neuro-maskarady. Wydziwiasz – mówią – przesadzasz, rozluźnij się, przestań, wyhamuj. Na autostradzie rozsądku wszystko w porządku, tu – chaos.

Dzień dobry, na imię mi Inność, mą przyjaciółką – Nerwica… Pod autostradą chaosu jest jednak tajemna piwnica. Emocji tam nie uraczysz, ni neuronalnych powieści. Tam autonomia ducha i błogi spokój się mieści. Oaza to niewątpliwa pośród męczącej wyprawy. Może ten układ wadliwy obędzie się bez naprawy?

Międzygalaktyczna przestrzeń paradoksów

Wszechświat mieszczący w sobie skończoną liczbę galaktyk. Chmura białego, a gdzieniegdzie szarawego pyłu, w której kryją się czarne dziury. Nie pochłaniają one do końca światła galaktyk, lecz stwarzają wyborną okazję do rozstania się ze światłem raz na zawsze. Wszechświat tętniący za dnia powszedniego kakofonią dźwięków – zamiera w ciszy, gdy noc cicha nadchodzi.

Zastygła w oczekiwaniu, wysunięta ku przyszłości, tej najbliższej i tej dalszej, sylwetka starszego mężczyzny. Siedzącego na swym łóżku, które staje się centrum jego własnego wszechświata. Wraz z sąsiadującą szafką, mieszczącą wszystkie jego skarby potrzebne tu i teraz. Sylwetka wyłania się z półmroku, falując między światłem, a ciemnością, między wnętrzem, a zewnętrzem. Szuka swojego miejsca, niepewna swojego status quo i celu na najbliższą przyszłość. Sylwetka ta zarysowuje granice galaktyki, która widziana z oddali przypomina powtarzalny schemat, łudzi obserwatora. Galaktyka błyszczy swym wewnętrznym światłem, o czym świadczy blask oczu siedzącego mężczyzny.

Na drugim łóżku swoje granice zarysowała inna galaktyka, uformowana inaczej, inaczej rozświetlona, podobnie zamknięta w sobie. Czy jest możliwy międzygalaktyczny kontakt w szpitalnej, cuchnącej detergentami i moczem sali? Czy rozgwieżdżone niebiosa ludzkich wnętrz mogą naprawdę rozświetlić samo wnętrze czarnej dziury? Czy w blasku oczu sąsiada z łóżka obok można rozpoznać nieskończone bogactwo jego wnętrza, gdy tamten leży pod kroplówką, sączącą krople życia w jego żyły? Czy wieczna i nieskończona dusza może się objawić w zdeformowanym, uzależnionym od wenflonu i tabletek nędznym ciele, przewracającym się na skrzypiącym łóżku w ciągłym oczekiwaniu? Ile gramów duszy ubywa z chwilą amputacji palca stopy, a może całej nogi? Ile hektolitrów upokorzenia musi wypić człowiek wraz z zimną herbatą do obiadu i łzami, które połyka w ciemności? Kiedy kończy się wstyd, a zaczyna oczywistość, gdy trzeba przy współlokatorach oddać do kaczki mocz? Gdzie leży granica współczucia, poza którą znajduje się już tylko obojętność? Skąd czerpie siłę pochylony człowiek, który rytmicznie, dzień w dzień, wychodzi na spacer po szpitalnym korytarzu, opierając się na balkoniku? Co czuje młody człowiek w pełni sił nagle złożony chorobą, przyparty do muru i obezwładniony przez siłę potężniejszą niż jego ambicje? Gdzie drogowskazy, znaki „stop” i ograniczenia cierpienia w tym wielkim szpitalnym wszechświecie?

Tymczasem zastygła sylwetka mężczyzny obrała kierunek – spoczęła na skrzypiącym łóżku pod szorstkim kocem, pod wpływem senności, pod gwiazdą swą własną. Słychać tylko rytmiczny śpiew ciśnieniomierza i pochrapywanie sąsiada.

Zastanawiam się, jak Jezus by się czuł na oddziale kardiologicznym. Czy przechodziłby między łóżkami, podając szklankę wody, poprawiając kroplówki i nauczając Dobrej Nowiny? Zapewne niejednemu przywróciłby nadzieję i radość, a pewnie niejednego by zirytował. Wierzę, że w tej białej ciszy wypełnionej detergentową mgłą i ludzkim cierpieniem, Pan przechadza się nader często, bierze za rękę samotnego, prostuje sylwetkę zgarbionego, uśmierza ból biodra i pokłutej ręki. Niepostrzeżenie, dyskretnie, bezinteresownie i najdelikatniej. Rysuje uśmiech na zmęczonej twarzy i mąci wodę, gdy blask oczu zbyt zmętniały. Przywraca nadzieję pośród rozpaczy bezsennej nocy i płata figle znudzonej i kostniejącej duszy. Daje uśmiech zdruzgotanemu choremu i niesie pokój zapiekłym i zazdrosnym. Obmywa nogi brudnemu i zarośniętemu, przypomina o sobie pyszałkowi i narcyzowi. Jest tam obecny nawet bardziej niż w beztrosce młodego. Pochyla się nad cierpieniem, ukazując jak je przyjmować i nie tracić wewnątrzgalaktycznego światła. Nawet w niezbyt higienicznej łazience, wypełnionej słojami moczu, obecny jest przy cierpiącym, pomagając mu z humorem spojrzeć na ten obrzydliwy stan rzeczy.

Przestrzeń paradoksów. Między „a”, a „z” tyle odcieni. Od awersji, wstrętu i buntu, przez lęk i rozpacz, po wzruszenie i tkliwość. Wszelkie odcienie emocji i myśli niesie w sobie poruszanie się po szpitalnej orbicie…

Kompleksowe wykańczanie wnętrz …

 

…taki oto napis na samochodzie przewinął jej się pewnego dnia przed oczami, niczym senny majak, kiedy przechadzała się osiedlowymi uliczkami. Jej empatycznie ukierunkowana wyobraźnia poszybowała momentalnie w kierunku psyche. A więc to tak, nawet napis na oplu może odnosić się do tego dramatycznie nacechowanego tematu – wszechobecnego obciążenia kompleksami, zwłaszcza wśród kobiet. Do wwiercania się w ludzkie wnętrza fałszywych przekonań o tym, jak powinnyśmy wyglądać, jak nie wyglądać i jak się poprawić (bo przecież zawsze jest coś do poprawy). Temat rzeka – zabrudzenie wnętrza kompleksami, wykańczanie człowieka skierowanymi przeciw sobie przekonaniami, wdrukowanymi przez innych. Autodestrukcja i perfekcjonizm. Jaki cel miał autor tego tekstu, umieszczając go na białym oplu… Czyżby jakaś akcja uświadamiająca wbrew głównemu nurtowi komercji, rynku reklamowego i fotoszopowej estetyki?

            Wyrwana z zamyślenia przez wściekły szczek psa nad uchem, uświadomiła sobie nagle z bolesną oczywistością, że z psychologią hasło na białym oplu ma niewiele wspólnego. Żeby nie powiedzieć dosadniej – kompletnie nic wspólnego. Przebudzenie z majaków na jawie ujawniło jaskrawo rzeczywiste znaczenie zwykłego hasła branżowego z dziedziny budownictwa. Wykończą ci oto kompleksowo wnętrze, wytapetują ściany, uszczelnią okna, wyłożą płytki i zainstalują gniazdka, a na specjalne życzenie pomalują na różowo pokój dziecięcy. Perfekcyjnie i totalnie apsychologicznie. Pragmatycznie, poprawnie i estetycznie. O wpływie kompleksów na zaburzenia osobowości panowie z wykończeniówki raczej nie myślą. Choć i tu imaginacja podesłała jej natychmiast obrazek całkiem ciekawy. Oto siedzą dwaj robotnicy w niewykończonym jeszcze mieszczańskim wnętrzu kamienicy i z minami mędrców inicjują z właścicielką mieszkania dyskusję o zakompleksionych wnętrzach młodych panien.

Hau, hau – usłyszała ponownie nachalne psie ponaglenie, powracając na chwilę do uliczno – budowlanej rzeczywistości. Myślowy strumień popłynął jeszcze dalej. Skąd ta nagła identyfikacja z tematem, to emocjonalne nasycenie reklamy na samochodzie, ta swoista projekcja? Podejmując milionową w swoim życiu introspekcję, z żalem spojrzała na los własny i osobowość kompleksowo wykończoną. Będąc żywym i namacalnym przykładem wdrukowania fałszywych przekonań, w tym – na swój temat, pokiwała litościwie głową nad losem jej podobnych. Tych w wieku piętnastu lat chodzących po ulicy ze spuszczoną głową i czerwieniących się przy każdej możliwej interakcji. Tych przyhamowanych w gestach i w mowie oraz ubierających się w workowate swetry zamiast dziewczęcych bluzeczek. Nad losem tych, które są przekonane, że rażą swoją szpetotą, a po latach okazuje się, że były przeciętnymi lub całkiem ładnymi istotami. Tych wreszcie, którym kompleksowy kryzys dorastania nie minął przed dwudziestką, a nawet znacznie później.

Wykańczanie wnętrz to sprawka uwewnętrznionych przekonań jeszcze innego typu. Cięższego nawet kalibru, o mocy sprawczej podstępnie działającej i perfidnie rozproszonej na wiele podmiotów. Nie od dziś wiemy o umniejszaniu wartości kobiet i nie pora na feministyczne apele. Przyznać jednak musiała, że o swoim lenistwie, matematycznym upośledzeniu, braku logiki i babskim rozmemłaniu dowiadywała się stopniowo z różnych źródeł. Imprinting w szkole, na podwórku, w mieszkaniach i medialnych obrazkach.

Misterna robota niepostrzeżenie zamieniła się w zlepek zwany jej sposobem myślenia. A głowa kiedyś pełna twórczych i spontanicznych pomysłów, stopniowo kruszała od wewnątrz. Petryfikacja ducha i usztywnienie ciała. Postępujące drążenie kompleksowego wiertła we wnętrzu jej głowy. A potem już całkiem budowlana prognoza: kilka lat intensywnej i samodzielnej pracy nad wyjmowaniem kompleksowego wiertła i gruntowna reparacja fundamentów zagruzowanego wnętrza.

– Hau, hau – podsumował bezmyślnie osiedlowy burek, obwąchując opony białego opla.